Lubię upraszczać sobie pracę tam, gdzie nie odbija się to na smaku. Z kalafiorem długo postępowałam tradycyjnie, jak wszyscy: spory garnek, woda i gotujemy. Tyle że musiałam pilnować czasu, a później jeszcze wietrzyć kuchnię. Zaczęłam więc przygotowywać go metodą, która okazała się szybsza i wygodniejsza. Co ważne, kalafior nie wychodzi z nią bury ani wodnisty. Nie rozpada się też przy pierwszym tknięciu widelcem i pozostaje al dente.
Jak ugotować kalafior bez garnka i prawie bez wody? Robię to w kilka minut
Jeśli zastanawiasz się, jak ugotować kalafior, mogę polecić sposób, którego sama używam najczęściej. O tym, że mam w domu mikrofalówkę, przypominam sobie od wielkiego dzwonu - lub właśnie wtedy, gdy muszę ugotować kalafior. Używam mikrofali do gotowania tego warzywa ze świetnym rezultatem.
Dzielę kalafior na różyczki, dokładnie je myję i wkładam do dużego naczynia przeznaczonego do mikrofalówki. Staram się kroić je na podobną wielkość. Z mojego doświadczenia wynika, że wtedy miękną bardziej równomiernie.
Na średniej wielkości kalafior wlewam tylko 2-3 łyżki wody. Na początku wydawało mi się, że to za mało, ale właśnie w tym tkwi cały patent. Kalafior nie ma się gotować zanurzony w wodzie. Wystarczy para, która powstaje w przykrytym naczyniu. A cały mało przyjemny aromat zostaje w środku.
Przykrywam je pokrywką do mikrofalówki lub talerzem, ale zostawiam małą szczelinę. Przy mocy 800 W ustawiam najpierw 5 minut. Potem sprawdzam różyczki widelcem. Zwykle potrzebuje jeszcze najwyżej 1-2 minut, jeśli chcę, żeby była naprawdę miękkie. Wolę nieco przedłużyć podgrzewanie niż od razu ustawić zbyt długi czas. Ten sam patent stosuję też do brokuła. Wiadomo, że on też lubi sobie „zapachnieć”.
Co dodać do kalafiora z mikrofali, by pozostał bielutki?
Mam jeszcze jeden trik, który stosuję zwłaszcza wtedy, gdy zależy mi na ładnym wyglądzie kalafiora. Do tych kilku łyżek wody w naczyniu z kalafiorem dodaję łyżeczkę soku z cytryny lub octu. Nie więcej. Różyczki po przygotowaniu pozostają jasne i wyglądają znacznie apetyczniej.
Po wyjęciu naczynia zdejmuję przykrycie bardzo ostrożnie, bo spod niego wydostaje się dużo gorącej pary. Od razu odlewam też wodę, która została na dnie. Kalafior solę dopiero na tym etapie. Gdybym zrobiła to wcześniej, puściłby w te 5 minut mnóstwo wody i zwiotczał - a mi zależy na jędrnych różyczkach. Potem podaję go tak, jak najbardziej lubię, na przykład z masłem i bułką tartą.
Kiedyś popełniałam ten błąd. Przez niego kalafior czuć było w całym domu
Przez lata sądziłam, że kalafior trzeba po prostu porządnie ugotować. Teraz wiem, że w jego przypadku „dłużej” wcale nie oznacza „lepiej”. To właśnie przeciąganie gotowania jest błędem. Sprawia, że charakterystyczny zapach robi się coraz mocniejszy, a różyczki tracą sprężystość.
Dlatego po 5 minutach zawsze zaglądam do mikrofalówki. Jeśli kalafior jest prawie gotowy, dodaję najwyżej kilkadziesiąt sekund lub minutę. Nie zostawiam go też po zakończeniu grzania pod przykryciem w środku, bo gorąca para nadal robi swoje. Od razu wyjmuję, odcedzam i doprawiam. Odkąd przygotowuję kalafior w ten sposób, nie gotuję go już w wielkim garnku. Mam mniej zmywania, łatwiej trafiam w odpowiednią miękkość, a znajomy kalafiorowy aromat czuć przede wszystkim wtedy, gdy stawiam ugotowane różyczki na stole.


Obserwuj nas na Google














