Z gotowymi śledziami bywa różnie. Jedne ratują sytuację, gdy brakuje czasu, inne już po pierwszym kęsie przypominają, dlaczego jednak warto było zrobić wszystko samemu. Ten z Biedronki wpadł mi w ręce bez większego planu, ale szybko okazało się, że zasługuje na więcej niż jednorazową degustację. Jest wygodny, dobrze pomyślany i ma smak, który wyraźnie odcina się od większości podobnych produktów. To właśnie dlatego zaczęłam patrzeć na niego nie jak na awaryjny zakup, ale całkiem poważną propozycję na świąteczny stół.
Co kryje niepozorna puszka i dlaczego taki śledź może zdziwić?
Nie jest to zwykły śledź w oleju ani klasyczna konserwa rybna. W środku znajdują się smażone filety w zalewie korzennej. I właśnie to połączenie od razu wzbudziło moją ciekawość.
Po otwarciu zobaczysz duże, rumiane kawałki ryby zanurzone w zalewie z cebulą. Wyglądają bardziej jak gotowe danie niż śledź wyjęty prosto z puszki. Filety wcześniej usmażono, a dopiero później umieszczono w marynacie. Dzięki temu mają zupełnie inną strukturę niż śledzie, które najczęściej kupujemy na święta.
Ryba jest zwarta, mięsista i dobrze trzyma formę. Zalewa zdążyła ją zmiękczyć i doprawić, ale filety nie rozpadają się przy przekładaniu na talerz. To ważne, jeśli zapanujesz podać je na półmisku obok innych świątecznych przekąsek.
Sama zalewa też jest ciekawsza niż zwykła mieszanka octu i cukru. W składzie znajdziesz między innymi cebulę, jałowiec i przyprawy. Całość ma słodko-kwaśny, korzenny charakter. Dzięki temu śledź nie przypomina ani typowej wersji w oleju, ani ryby w śmietanie czy pomidorach.
Fot. Redakcja MojeGotowanie.pl
Jak smakuje śledź z Biedronki?
Najbardziej podoba mi się to, że zalewa nie zagłusza smaku ryby. Ocet jest wyczuwalny, ale nie dominuje. Jest też lekka słodycz i sporo korzennego aromatu. Całość jest zdecydowana, ale nie przesadzona.
Smażenie robi tutaj dużą różnicę. Filet nie ma śliskiej i miękkiej struktury, jaką czasem mają gotowe śledzie w marynacie. Jest bardziej konkretny, a przy tym pozostaje soczysty. Nie ma oczywiście chrupiącej skórki, ale nadal czuć, że to nie jest zwykły marynowany śledź.
Dobrze wypada też jałowiec. Nie dominuje, ale daje lekko korzenną, trochę leśną nutę, która pasuje do tłustej ryby. Smak jest kompletny już po wyjęciu z puszki.
Najlepiej wyjąć filety, lekko je odsączyć i podać razem z odrobiną cebuli z zalewy. Możesz dorzucić kawałek żytniego chleba albo ugotowane ziemniaki.
Warto też wyjąć rybę z lodówki kilkanaście minut przed jedzeniem. Kiedy nie jest bardzo zimna, przyprawy są bardziej wyczuwalne i całość smakuje znacznie lepiej.
Garść konkretów: gdzie go kupić, ile kosztuje i skąd pochodzi?
Na tego śledzia trafiłam w Biedronce. Zobaczyłam go na regale z nowościami i promocjami. Puszka jest dość duża jak na konserwę rybną, więc łatwo ją wyhaczyć. To produkt marki Alpen Delikatessen.
Za opakowanie zapłaciłam 8,99 zł. Puszka ma 325 g, ale po odsączeniu zalewy zostaje 200 g ryby. Jedno opakowanie wystarczy więc raczej jako jedna z kilku przekąsek na stole. Jeśli chcesz podać go większej liczbie osób, warto od razu kupić więcej.
Produkt został wyprodukowany w Niemczech. A jeśli zastanawiasz się, skąd pochodzi sama ryba, na etykiecie znajdziesz kilka możliwych obszarów połowu ryby, między innymi północno-wschodni Atlantyk, Morze Północne, wody Islandii i Morze Irlandzkie.
Śledź stanowi 52 proc. produktu. Reszta to zalewa i dodatki. Produkt jest już gotowy do jedzenia i ma długi okres przydatności, więc można kupić zapas już z myślą o świętach i sylwestrze, na wypadek gdyby miało go zabraknąć później w Biedronce.


Obserwuj nas na Google














