W sieci wybuchła gorąca dyskusja po wpisach Bartosza Kopicy, autora popularnego profilu kulinarnego na Facebooku. Pod dwoma postami posypały się historie o sprzedawcach, którzy skupują produkty w dyskontach, przebierają się za gospodarzy i próbują sprzedać towar jako „od chłopa”.
Kalafior z niemiłą niespodzianką
Bartosz Kopica opisał sytuację z targu, która mocno go zaskoczyła. Kupił duży kalafior, ale po obraniu liści okazało się, że połowy warzywa praktycznie nie ma. Na zdjęciu, które wrzucił do sieci, widać niewielki środek i stertę odpadów wokół (choć co bardziej doświadczeni w kuchni doradzili mu, by wykorzystał również liście, bo są jadalne) - większość z nas wciąż je obrywa i wyrzuca.
„Będąc dzisiaj na targu, poprosiłem o dużego kalafiora. Pani wrzuciła do reklamówki z innymi warzywami, spakowałem się i poszedłem. Po obkrojeniu go z liści mam to. Jeszcze 14 zeta za niego zapłaciłem” - napisał. Pod wpisem błyskawicznie pojawiły się komentarze internautów, którzy podkreślili, że to jeszcze nie sezon na polskie kalafiory (więc najprawdopodobniej jest on z importu) i zaczęli opisywać własne doświadczenia z bazarów i targowisk:
Facebook, @Bartosz Kopica
„Janusz biznesu” z maniokiem z marketu
Największe poruszenie wywołał jednak inny wpis Bartosza Kopicy. Autor przyznał, że regularnie robi zakupy na targu i często słyszy narzekania sprzedawców na wielkie sieci handlowe.
Jak się okazuje, niektórzy sami korzystają z towaru z marketów, nie informując o tym wprost.
Pan Bartosz napisał:
Bardzo lubię jechać sobie na targ kupić warzywa, mięso czy też inne kwiatki. Jestem tam regularnie i różne rozmowy słyszę. U sprzedających, często przewija się temat tego, że sieci typu biedra, Lidl czy Kaufland ich wykańczają. Dziś patrzę a jakiś dzban, bo inaczej go nazwać nie można, ma na stoisku maniok z etykietkami z Kauflandu 🤣🤣🤣 i jak tu ich żałować, jak próbują nam sprzedawać rzeczy kupione w sieciach. Żeby chociaż oderwał te kartki, ale nie, Janusz biznesu nie ma czasu…ehhh, szkoda słów.
O ile sam maniok trudno uznać za produkt „prosto z polskiej wsi”, bo jest warzywem importowanym, o tyle pod postem ruszyła lawina historii o znacznie poważniejszych praktykach dotyczących sprzedawaniu warzyw i innych produktów z marketu jako własne, w domyśle, wyprodukowane przez siebie.
Gumiaki, ziemia na spodniach i teatr „na rolnika”
Najmocniejsze komentarze dotyczyły osób, które nie tylko sprzedają marketowy towar jako własny, ale wręcz udają rolników. Pani Iwona B. opisała historię sprzedawcy, który kupował warzywa na hurcie, a później tworzył wokół siebie odpowiedni „klimat”:
Kupował więc warzywa na hurcie, przyjeżdżał przed wszystkimi na rynek. Wysypywał towar z worków do skrzynek, posypywał je trochę ziemią, trochę się tą ziemią brudził, wdziewał stare ubranie, gumiaki i czekał na klientów.
Jak przyznają osoby handlujące od lat na targach, doświadczeni klienci często patrzą już nie tylko na ubranie czy skrzynki z ziemią, ale… dłonie sprzedawcy. Starsza generacja rolników pracujących fizycznie na niewielkich gospodarstwach zwykle ma bardzo charakterystyczne, spracowane ręce. Choć oczywiście dziś wielu nowoczesnych gospodarzy korzysta z maszyn i nowych technologii, więc taki „test dłoni” nie zawsze będzie miarodajny.
Farbowane kurczaki „ze wsi” i resztki po pieczątkach na jajkach
Jedna z historii brzmi wręcz jak scena z komedii, choć sprawa skończyła się poważnie. Pani Iwona opisała kobietę sprzedającą farbowane „wiejskie” kurczaki z wolnego wybiegu. Charakterystyczny dla wiejskiego kurczaka kolor znikał po włożeniu mięsa do wody. Sprawa obiła się o policję i Sanepid. Komentarze pod postami pełne były podobnych historii. Barbara K. napisała:
Jedna babcia u nas na ryneczku zmywała pieczątki z jajek i sprzedawała za wiejskie.
Anna W. wspomina i potwierdza:
Po tym, jak koleżanka z pracy na eko jajkach od szczęśliwych kurek z lokalnego gospodarstwa znalazła niedomyte pieczątki - już nic mnie nie zdziwi.
Z kolei Edyta G., która pracowała przez lata w dyskoncie, twierdzi, że bazarowi handlarze regularnie wykupywali promocyjne warzywa i owoce i sprzedawali je jako własne.
Nie ukrywali tego, że wolą kupić w markecie, bo w hurcie są wyższe ceny niż u nas na promocji.
Kaczka z dyskontu za 80 zł
Podobne historie dotyczą także mięsa - a konkretnie jego pochodzenia. Aneta K. napisała:
Co niektóre Panie potrafią kupić kaczki w Biedrze i sprzedawać jako swojskie, aż taka jedna zapomniała kartkę odkleić i się wydało.
Wiesia K. potwierdziła, że taki proceder nadal ma się dobrze:
Za kaczkę z Biedry życzą sobie 80 zł.
Sama od lat kupuję na targach i wiem, że uczciwych sprzedawców jest naprawdę mnóstwo. Ale właśnie przez takich kombinatorów później wszyscy wrzucani są do jednego worka.
„Regionalne” produkty z Lidla
Nie brakuje też historii o przetworach i produktach „regionalnych”. Basia Basia wspomina sytuację z Zakopanego:
Widziałam jak góral na zapleczu stoiska zdzierał etykiety z lidlowych dżemów.
Eliza B. zwraca uwagę na truskawki: „mieszają zachodnie z naszymi i sprzedają wszystkie za nasze polskie.” A Marta K. opisała przypadek brokułów z naklejkami z dyskontu sprzedawanych w warzywniaku obok marketu. Resztę tych wciągających (choć potrafiących podłamać) historii przeczytasz na profilu twórcy w tym wątku:
Nie każdy pośrednik oszukuje
Warto jednak rozróżnić dwie rzeczy. Sam handel produktami z hurtowni czy marketów nie jest jeszcze oszustwem, jeśli sprzedawca uczciwie mówi, skąd pochodzi towar. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś świadomie udaje rolnika i wykorzystuje modę na „swojskie”, „ekologiczne” i „od gospodarza”. Wielu klientów jest gotowych zapłacić więcej właśnie za poczucie jakości i lokalnego pochodzenia.
Jak nie dać się nabrać?
Internauci podpowiadają, że najlepiej kupować bezpośrednio od sprawdzonych gospodarstw. „Zakupy tylko bezpośrednio od rolnika z gospodarstwa” – napisała Agnieszka N.
Coraz popularniejsze są też aplikacje zrzeszające producentów żywności, którzy sprzedają bez pośredników. Jedną z nich jest Food Farmer, gdzie można poznać sprzedawcę, zobaczyć gospodarstwo i sprawdzić opinie na temat sprzedawcy.
Dobrze działa również zwykła poczta pantoflowa. Znajomi bardzo często wiedzą, kto rzeczywiście ma własne uprawy, a kto jedynie przekłada towar ze skrzynki do skrzynki. I chyba właśnie to jest dziś najważniejsze. Nie dać się nabrać na gumiaki, garść ziemi i opowieść o „małym gospodarstwie pod lasem”. Bo czasem pod tą historią kryje się po prostu promocja z dyskontu.

















