Maj i czerwiec bez truskawek dla mnie nie istnieje. Co roku czekam na pierwsze krajowe owoce i od razu robię makaron z truskawkami, ucierane ciasto albo zwykłe kluski leniwe z jogurtem i owocami. Cena często nie gra dla mnie roli - i założę się, że dla wielu osób stęsknionych za letnimi smakami, również. Polacy chętnie wyciągają portfele, gdy chodzi o nasze lokalne (najlepsze!) truskawki. Są świeższe, pachną intensywniej i zwykle trafiają na stoisko praktycznie prosto z pola, a nie z Grecji czy Maroka. Gdy sezon rusza, razem z nim wracają stare bazarkowe sztuczki. I niestety wiele osób nadal daje się na nie złapać.

Góra jak z obrazka, a pod spodem przykra niespodzianka

Najbardziej znany numer handlarzy wraca co roku i wciąż działa. W łubiankach na samej górze lądują największe, błyszczące i najładniejsze truskawki, a pod nimi często kryją się owoce miękkie, rozgniecione albo już lekko nadpsute. Człowiek patrzy z boku i widzi same cuda, więc bierze dwie łubianki „na dżem i do jedzenia”. A potem w domu okazuje się, że połowa nadaje się co najwyżej do szybkiego koktajlu, o ile nie ma na nich pleśni. 

Truskawki błyszczą jak rubiny? To nie zawsze dobry znak

Nieuczciwi sprzedawcy mają też inne sposoby na „podrasowanie” owoców. Czasem delikatnie skrapiają truskawki wodą, żeby wyglądały na świeżo zerwane i bardziej apetyczne. Faktycznie wtedy pięknie się błyszczą, ale po chwili w domu okazuje się, że są już bardzo miękkie i szybko puszczają sok. W ciągu całego dnia chłoną tę wodę, tracąc smak - i szybciej się psują.

Widziałam też nieraz owoce poukładane sprytnie lepszą stroną do góry. Nadgnite miejsce schowane od spodu, a klient widzi tylko czerwoniutką, apetyczną część. Sprytne, ale przykre - szczególnie, jeśli z takim sprzedawcą jest się prawie „na ty” i przyjemnie się plotkuje.

Jak kupować dobre truskawki? Sprawdzony sposób

Sprzedawcy zwykle nie pozwalają przekładać owoców ani ich dotykać. Tłumaczą to tym, że truskawki łatwo się gniotą (a więc szybciej psują) i akurat tutaj trudno się z nimi nie zgodzić. Tyle że dla kupującego to trochę loteria. Sama raz wróciłam z rynku z kobiałką, w której pod spodem miałam prawdziwe truskawkowe purée - prawie koktajl. Od tamtej pory nauczyłam się jednego.

Najchętniej kupuję truskawki wysypane luzem na ladzie, nabierane łopatką do papierowej torby (zabezpieczonej od wierzchu plastikową siateczką, by nic nie przeciekło) albo własnego pojemnika. Wtedy od razu widać, co się bierze. Można ocenić kolor, jędrność i to, czy owoce nie są poobijane. Kobiałki z rączką są wprawdzie bardzo wygodne do przenoszenia, ale często kryją więcej tajemnic niż rodzinny przepis na sernik. 

Tę samą regułę stosuję też od lat przy zakupie wiśni, jagód czy czereśni i innych drobnych, miękkich owoców, które mają tendencję do szybkiego psucia się. Nie sięgam po takie już zapakowane do pudełek (szczególnie, o zgrozo, plastikowych), tylko biorę je luzem - najlepiej, jeśli mogę sama je sobie nabrać taką łopatką.

Redakcja MojeGotowanie.pl Zdjęcie własne

Mam też inną małą zasadę, która jest „sitem” na nieuczciwych sprzedawców. Jeśli sprzedawca od razu się denerwuje, kiedy pytam o możliwość obejrzenia owoców z boku albo spod spodu, zwykle idę dalej. Na bazarku naprawdę nie brakuje stoisk, a sezon na truskawki jest zbyt krótki, żeby marnować go na kulinarne rozczarowania. Takim rozczarowaniem na pewno nie będzie ten lekki sernik na zimno: