Kawę możesz zaparzyć po włosku we własnej kuchni i otrzymać przepyszny napój, nie wydając przy okazji fortuny na najdroższe ziarna z luksusowej palarni ani na ekspres. Jak to zrobić? Potrzebna jest zwykła kawiarka (zwana również makinetką - prawda, że piękne określenie?), oczywiście kawa, młynek i świadomość kilku ważnych zasad, związanych z parzeniem. Ja nauczyłam się ich będąc na urlopie u moich włoskich przyjaciół. Dwie reguły wydały mi się rewolucyjne względem codziennej rutyny i chętnie się nimi podzielę. 

Ziarna to podstawa

Jak zapowiedziałam, kawa wcale nie musi być z najwyższej półki. Ja przeważnie kupuję Kimbo „aroma gold” (sporo tańsze od złotej Lavazzy) w Lidlu lub Biedronce i teraz wychodzi mi z niego napój bogów. Ważne jednak, żeby wybrać kawę ziarnistą, a nie mieloną. Dlaczego? Ponieważ ziarna zmielone tuż przed parzeniem mają o wiele więcej aromatu, dzięki czemu kawa jest zdecydowanie smaczniejsza. Do kawiarki najlepiej jest zmielić ziarna średnio drobno, czyli mniej więcej na konsystencję drobnego piasku. To ważny detal, ale zarazem nic dziwnego. Co zatem zaskoczyło mnie we włoskim domu?

Jak zaparzyć idealną kawę po włosku? Ważna rzecz na start

Zwykle do kawiarki nalewałam zimną wodę do dolnego zbiorniczka, pilnując tylko, żeby nie wlać jej zbyt dużo (poniżej zaworu). Włosi robią to sprytniej - wlewają wrzątek. Ma to ogromne znaczenie dla całego procesu, ponieważ sprawia, że kawa parzy się dużo szybciej, a zarazem unika się ryzyka jej „przeparzenia”, czyli najgorszej rzeczy, jaką można zrobić w Italii. Zbyt długo parzona kawa staje się gorzka i po prostu wstrętna.

Od kiedy wprowadziłam u siebie tę zmianę (pierwszą rewolucję) faktycznie odczułam różnicę w smaku. W dodatku moja poranna dawka kofeiny szybciej jest gotowa do wypicia, co stanowi dodatkowy plus w codziennym pędzie. 

Druga rewolucyjna zmiana w parzeniu kawy

Kolejnym krokiem jest wsypanie świeżo zmielonej kawy do pojemniczka. Nie należy jej ugniatać, ale to jest raczej oczywiste. Następnie trzeba mocno zakręcić kawiarkę i postawić ją na kuchence. Kawę po włosku parzy się na średnim ogniu. Póki co wszystko jest naturalne, prawda? Największe zaskoczenie czekało mnie w momencie, kiedy zobaczyłam, że Tommaso, mój znajomy, zostawia kawiarkę otwartą na czas parzenia.

Wstyd się teraz przyznać, ale ja dotychczas zawsze parzyłam kawę „na słuch”, to znaczy zamykałam pokrywkę i zajmowałam się szykowaniem śniadania, do momentu, w którym usłyszałam, że proces parzenia się kończy (czyli bulgotanie ustawało). Okazało się, że to kompletne nieporozumienie...

Włosi nie nasłuchują, czy kawa jest gotowa, tylko patrzą na kolor płynu. Gdy, dzięki rosnącemu ciśnieniu, z kawiarki zacznie wydobywać się gorący napój, trzeba zaobserwować moment, w którym płyn staje się jasny. Wtedy natychmiast należy zdjąć urządzenie z kuchenki, żeby przerwać parzenie. Siostra mojego włoskiego kolegi robiła nawet dodatkową rzecz w tym celu, to znaczy wkładała na chwilę dół kawiarki pod zimną wodę z kranu, a potem od razu nalewała gorącą kawę do filiżanek. 

Taki sposób przygotowania kawy w kawiarce gwarantuje, że napój będzie idealny w smaku. Ponieważ pojemności urządzeń są różne, nie warto trzymać się konkretnego czasu parzenia ani tym bardziej nasłuchiwać, kiedy wrzątek przestanie bulgotać, tylko bacznie go obserwować. Po kilku podejściach wyczujesz swoją kawiarkę i będziesz wiedzieć, ile czasu mniej więcej to zajmuje. Jeśli obawiasz się, że kawa w otwartej kawiarce zacznie pryskać na całą kuchenkę, to gwarantuję, że jeśli zdejmiesz makinetkę we właściwiej chwili, nie ma na to cienia szansy. 

Fot. Getty/iStock, Popart