Starsi pamiętają ją doskonale, a młodsi często kojarzą tylko z opowieści albo w ogóle o niej nie słyszeli. Tuszonka to jeden z najbardziej charakterystycznych mięsnych przetworów Europy Wschodniej. Prosta, sycąca i trwała konserwa przez dekady była obecna w domach, plecakach i spiżarniach. Dziś wraca głównie jako kulinarna ciekawostka i smak dawnych czasów.
Skąd wzięła się tuszonka i co oznacza jej nazwa?
Sama nazwa pochodzi z języka rosyjskiego i odnosi się do sposobu obróbki, czyli duszenia. To właśnie na tym opiera się cały pomysł. Kawałki mięsa długo gotują się we własnym tłuszczu, a później zamykane są szczelnie w puszce lub słoiku. Dzięki temu konserwa może przetrwać długo bez chłodzenia.
Tuszonkę jadano już w XIX wieku w krajach Europy Wschodniej. Uważana jest za słowiański odpowiednik SPAM-u, czyli kultowej amerykańskiej konserwy mięsnej. Znana jest w między innymi na Litwie, Ukrainie czy w Rosji.
Była tania, pożywna i wygodna do przechowywania. Najczęściej przygotowywano ją z wieprzowiny, choć trafiały się też wersje wołowe albo mieszane. W środku zwykle znajdowały się: mięso, tłuszcz, galaretka i podstawowe przyprawy.
Mało kto dziś pamięta, że ogromne ilości takich konserw produkowano kiedyś w USA, a później, w ramach ustawy Lend-Lease Act wysyłano je do Związku Radzieckiego. Z czasem zaczęto produkować ją lokalnie na wielką skalę i trafiła praktycznie do każdego sklepu spożywczego.
W Polsce największą popularność zdobyła w czasach PRL-u. W wielu domach była obowiązkowym zapasem „na wszelki wypadek”. Wystarczyło otworzyć puszkę, podgrzać zawartość i obiad był gotowy.
Dlaczego tuszonka była hitem?
Dziś na wyjazd zabiera się gotowe dania instant i batony proteinowe. Kiedyś królowała właśnie tuszonka. Nie potrzebowała lodówki, była sycąca i długo zachowywała świeżość. To dlatego regularnie trafiała do plecaków na biwaki, spływy czy rodzinne wycieczki.
Najprostsza wersja obiadu wyglądała bardzo swojsko. Tuszonka, chleb i ogórek kiszony. Bardziej ambitni podsmażali ją z cebulą albo dorzucali do ziemniaków czy kaszy. Jedna puszka wystarczała często dla kilku osób.
Charakterystycznym elementem była galaretka pojawiająca się po otwarciu konserwy. Jedni ją uwielbiali, inni omijali szerokim łukiem, ale właśnie ona stała się jednym ze znaków rozpoznawczych tuszonki.
Dziś konserwa znów wraca do łask wśród fanów survivalu i bushcraftu. Nadal jest wygodna, kaloryczna, więc świetnie sprawdza się podczas dłuższych wyjazdów.
Czyżby tuszonka wracała do łask?
Choć wielu osobom kojarzy się z produktem z innej epoki, tuszonka nie do końca zniknęła ze sklepów. Nadal można dostać ją w puszkach i słoikach, szczególnie w sprzedaży internetowej. Sporą popularnością cieszą się dziś wersje z krótkim składem i dużą ilością mięsa. Małe masarnie coraz częściej wracają do dawnych receptur i stawiają bardziej na konkretne kawałki mięsa niż typową mielonkę.
Jednocześnie coraz więcej osób przygotowuje tuszonkę samodzielnie. Modę na domowe przetwory podkręcili też twórcy kulinarni, między innymi Tomasz Strzelczyk, który pokazywał na swoim kanale Oddaszfartucha swoją wersję robioną w słoikach. Wykorzystał łopatkę wieprzową i podkreślał, że to najlepszy rodzaj na tego rodzaju konserwę. Mięso długo się dusi i pasteryzuje z przyprawami.
Efekt jest prosty, ale właśnie to wielu osobom najbardziej odpowiada. Miękkie kawałki mięsa, tłuszcz i charakterystyczna galaretka przypominają smaki, które kiedyś były w polskich domach czymś codziennym.
Fot. Getty/iStock, Pretti

















