Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z nim, dostałam go w małej miseczce we włoskiej knajpce, lekko słony, do podgryzania. Na początku podchodziłam do niego nieufnie, ale szybko złapałam się na tym, że sięgam po kolejne ziarenka. I wtedy pomyślałam: dlaczego my tego nie jemy na co dzień?
Nie każdy łubin z ogródka babci nadaje się na obiad. Oto co warto wiedzieć
Łubin to roślina strączkowa, trochę zapomniana w polskiej kuchni, choć kiedyś była bardziej popularna. Wyróżnia się kilka jego odmian, ale nie każda nadaje się do jedzenia. Najważniejsze jest to, żeby sięgać po łubin słodki, czyli taki, który ma niską zawartość gorzkich alkaloidów. Najczęściej spotkasz trzy gatunki: łubin żółty, łubin wąskolistny (niebieski) i łubin biały, i to właśnie one, w wersjach uprawnych, trafiają do jedzenia.
Jeśli kupujesz łubin w sklepie (najczęściej w zalewie lub suchy do gotowania), masz już bezpieczny produkt. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś wpada na pomysł zbierania go „z pola”. Tego lepiej nie robić, jeśli nie masz pewności, z jaką odmianą masz do czynienia.
W kuchni używa się głównie nasion łubinu. Przypominają trochę większe, spłaszczone ziarenka bobu. Przed jedzeniem często trzeba je namoczyć i ugotować, choć coraz częściej kupisz gotowy produkt w słoiku, który wystarczy przepłukać.
Smakuje jak miks ciecierzycy i bobu. Ale ma swój charakter
Jeśli zastanawiasz się, czy łubin ci posmakuje, najprościej porównać go do innych strączków. Dla mnie to coś pomiędzy ciecierzycą, a bobem. Ma lekko orzechowy posmak, jest delikatnie mączny, ale jednocześnie bardziej zwarty niż fasola.
Po ugotowaniu jest przyjemnie miękki, ale nie rozpada się tak łatwo. To sprawia, że świetnie sprawdza się w daniach jednogarnkowych. Ma też lekką goryczkę, która, jeśli jest dobrze przygotowany, dodaje mu charakteru, a nie przeszkadza.
W porównaniu do soczewicy jest mniej „papkowaty”, a w stosunku do fasoli, mniej ciężki w odbiorze. Ja lubię go za to, że dobrze chłonie przyprawy. Jeśli dodasz czosnek, majeranek czy wędzoną paprykę, łubin naprawdę zaczyna grać pierwsze skrzypce.
Od przekąski po „fasolkę po bretońsku”. Co możesz z niego zrobić
Tu zaczyna się zabawa, bo łubin daje naprawdę sporo możliwości. Ja najczęściej traktuję go jak zamiennik fasoli albo ciecierzycy. I serio, działa to zaskakująco dobrze.
Co możesz zrobić z łubinu:
- „Fasolka po bretońsku” w nowej wersji, zamień fasolę na łubin, dodaj koncentrat pomidorowy, cebulę, czosnek i przyprawy. Smak jest trochę inny, bardziej wyrazisty
- Sałatki, wrzuć ugotowany łubin do sałatki z rukolą, pomidorami i oliwą. Prosto i bardzo sycąco
- Pasta kanapkowa, zblenduj łubin z czosnkiem, oliwą i sokiem z cytryny. Wyjdzie coś na wzór hummusu, tylko bardziej orzechowego
- Przekąska jak we Włoszech, ugotowany łubin posól, skrop oliwą i podaj w małej misce do podjadania
- Gulasze i jednogarnkowe dania, świetnie zastępuje mięso albo inne strączki
U mnie łubin najczęściej trafia właśnie do „fasolki po bretońsku”. Lubię tę wersję, bo jest trochę lżejsza, a jednocześnie bardziej interesująca w smaku. Jak raz spróbujesz, możesz się zdziwić, że klasyczna fasola zacznie wydawać się trochę… nudna.

















