Gdy inni biorą śledzie w oleju albo szprotki w pomidorach, ja zawsze przeczesuję półki w poszukiwaniu właśnie tych puszek. Nie zawsze da się je znaleźć w zwykłym markecie, dlatego mam swój mały sklep rybny, gdzie sprzedawca odkłada mi kilka sztuk na bok, bo wie, że i tak po nie wrócę, bo są najlepsze.

Wątróbki z dorsza w puszce smakują jak kulinarne złoto

Wątróbki z dorsza to po prostu fragmenty wątroby dorsza zamknięte w puszce we własnym tłuszczu. Brzmi bardzo zwyczajnie, ale smak mają zaskakująco delikatny i kremowy. Nie przypominają klasycznej ryby w konserwie. Bardziej kojarzą się z czymś pomiędzy pasztetem a maślanym smarowidłem do chleba. Dobrej jakości wątróbki są jasne, zwarte i niemal rozpływają się po rozgnieceniu widelcem.

Wątróbki z dorsza w puszce były dużo bardziej znane w PRL-u, kiedy wybór ryb w sklepach był naprawdę skromny. Ludzie ratowali się konserwami, ale nawet wtedy ten produkt uchodził za coś lepszego i trudniejszego do zdobycia. Często bez znajomej ekspedientki, która wyciągnęłaby puszkę spod lady, można było obejść się smakiem. I chyba właśnie dlatego do dziś mają w sobie coś wyjątkowego, trochę nostalgii, trochę luksusu ukrytego w niepozornej puszce.

Nie są suche jak tuńczyk ani wędzone jak makrela. Rozpływają się na pieczywie niemal jak dobry pasztet, tylko z morskim, lekko słonym finiszem. I właśnie dlatego tak łatwo uzależniają.

Największą robotę robi tłuszcz znajdujący się w puszce. Wiele osób go wylewa, a moim zdaniem to wielki błąd. Wystarczy wymieszać go z posiekaną cebulką, koperkiem i odrobiną pieprzu. Potem świeża bagietka i naprawdę nie potrzeba nic więcej.

Getty/iStock, intek1

Makrela przy nich wypada zaskakująco nudno

Makrelę lubię, ale po latach trochę mnie znudziła. Kanapki smakują zawsze podobnie, pasta wychodzi przewidywalna, a sam aromat potrafi zdominować wszystko na talerzu. Przy wątróbkach z dorsza jest zupełnie inaczej.

Tutaj smak jest bardziej elegancki. Delikatniejszy, ale jednocześnie głębszy. Da się go łatwo podkręcić dodatkami i nie ginie w sałatkach czy pastach. Często robię prostą przekąskę: ziemniaki w mundurkach, kiszony ogórek, czerwona cebula i kawałki wątróbki rozgniecione widelcem. Smakuje trochę jak coś z baru rybnego z lat 80., ale w najlepszym możliwym znaczeniu.

Świetnie wypadają też na ciepło. Mało kto o tym mówi, a ja uwielbiam wrzucić je na gorące tosty albo dodać do makaronu z czosnkiem i pietruszką. Tłuszcz z puszki robi wtedy za gotowy sos.

Mam też wrażenie, że to produkt dla ludzi, którzy naprawdę lubią smak, a nie tylko modne etykietki. Bo umówmy się, wątróbki z dorsza w puszce nie wyglądają instagramowo. Nie mają kolorowego opakowania ani marketingowej historii o „nordyckim stylu życia”. A mimo to znikają ze stołu szybciej niż łosoś.

Jak jeść wątróbki z dorsza w puszce

Najprościej smakują najlepiej, ale warto trochę poeksperymentować. U mnie najczęściej pojawiają się w takich wersjach:

  • na świeżym chlebie z kiszonym ogórkiem i pieprzem
  • z jajkiem na twardo i szczypiorkiem
  • jako pasta z twarogiem i cebulką
  • na gorących tostach z koperkiem
  • z młodymi ziemniakami i masłem
  • w sałatce z burakiem i jabłkiem
  • z chrupiącą bagietką i plasterkami rzodkiewki
  • jako farsz do jajek

Czasem robię też wersję totalnie „babciną”. Gotowane ziemniaki, śmietana, cebula i do tego wątróbki rozdrobnione widelcem. Niby nic wielkiego, a smakuje jak kolacja z wakacji nad Bałtykiem.

Dobra puszka potrafi zniknąć ze sklepu szybciej niż promocje

Przez długi czas miałam problem, żeby kupić naprawdę dobre wątróbki z dorsza w puszce. Jedne były zbyt gorzkie, inne miały dziwną konsystencję albo mnóstwo oleju zamiast konkretów. Dlatego dziś, kiedy trafiam na sprawdzoną markę, od razu biorę kilka opakowań.

Najlepsze są te z prostym składem i dużymi kawałkami. Po otwarciu powinny być jasne, zwarte i delikatne. Jeśli przypominają papkę, zwykle rozczarowują też smakiem.