Nie zawsze mam ochotę robić sos od zera. Czasem chcę tylko szybko usmażyć jajko, pokroić pomidora, położyć na talerzu mozzarellę i zjeść. Problem w tym, że po kilku takich śniadaniach zaczyna mi brakować czegoś, co przełamie smak. Właśnie wtedy wyciągam tę butelkę. Dodaję cienką nitkę na pomidory, kilka kropli na ser albo mały zygzak na talerzu. Tyle wystarczy. Jest słodko, kwaśno, lekko karmelowo i od razu dużo ciekawiej.

Co to właściwie jest i dlaczego tak dobrze podkręca smak?

Chodzi o krem na bazie octu balsamicznego z Modeny marki Ponti. W Dino butelka 250 g kosztuje 11,99 zł. Nie traktuję go jak sosu, którym trzeba polać pół talerza. Dla mnie to raczej kuchenna przyprawa w płynie. Używam mało, ale regularnie.

Krem balsamiczny jest dużo gęstszy od zwykłego octu balsamicznego. Nie rozlewa się po talerzu, tylko zostaje dokładnie tam, gdzie go wyciśniesz. To akurat bardzo lubię, bo można kontrolować ilość i nie zamienić sałatki w kwaśną zupę.

W smaku jest wyraźnie słodko-kwaśny. Czuć winogronową nutę, trochę karmelowego charakteru i tę typową dla balsamico cierpkość, która świetnie przełamuje sery, jajka, mięso i pieczone warzywa.

W składzie pierwsze miejsce zajmuje gotowany moszcz winogronowy. Jest też 38 proc. octu balsamicznego z Modeny, ocet winny, karmel, skrobia kukurydziana i guma ksantanowa. To właśnie dodatki zagęszczające sprawiają, że produkt ma kremową, charakterystyczną konsystencję. 

Ponti to włoska, rodzinna firma związana z produkcją octów od końca XVIII wieku. Historia marki sięga 1787 roku, a obecnie firmę prowadzi już dziewiąte pokolenie rodziny Ponti. Marka ma zakłady we Włoszech i eksportuje swoje produkty do ponad 70 krajów.

Redakcja MojeGotowanie.pl

Do czego dodaję krem balsamiczny Ponti?

Najczęściej zaczynam od śniadania. Jajko sadzone, kromka chleba, trochę rukoli i pomidorki. Na koniec kilka cienkich kresek kremu balsamicznego. Niby drobiazg, ale kwaśno-słodki smak dobrze przełamuje żółtko i oliwę.

Podobnie robię z kanapkami. Jeśli mam mozzarellę albo burratę, nawet się nie zastanawiam. Pomidor, bazylia, oliwa, pieprz i odrobina kremu. Z prostego zestawu robi się coś, co spokojnie mogłabym dostać w małej włoskiej knajpce.

Do obiadu używam go jeszcze częściej. Pasuje mi zwłaszcza do pieczonej dyni, marchewki, buraków, batatów i cebuli. Warzywa po pieczeniu robią się słodkie, więc balsamiczna kwaśność świetnie je równoważy.

Lubię też skropić nim pizzę już po upieczeniu. Najlepiej taką z rukolą, mozzarellą, szynką dojrzewającą albo kozim serem. Nie daję dużo. Dosłownie kilka kropli na kawałek.

Producent sam poleca ten krem do mięsa, jajek, ryb i warzyw, ale także do deserów, owoców i lodów. I akurat z tym ostatnim długo się wahałam, dopóki nie spróbowałam truskawek z odrobiną balsamico.

Moje ulubione połączenia

Gdybym miała zacząć od kilku najprostszych zestawów, wybrałabym:

  • pomidor + mozzarella + bazylia + krem balsamiczny,
  • burrata + brzoskwinia + oliwa,
  • jajko sadzone + rukola + pomidorki,
  • pieczona dynia + feta,
  • buraki + kozi ser + orzechy,
  • pizza + rukola + szynka dojrzewająca,
  • grillowana cukinia + parmezan,
  • gruszka + ser pleśniowy,
  • truskawki + mascarpone,
  • waniliowe lody + dosłownie kilka kropli kremu.

Najbardziej lubię go jednak za to, że nie trzeba niczego planować. Nie jest składnikiem, pod który robię zakupy. Raczej stoi sobie w lodówce i czeka, aż ugotuję coś zbyt prostego.

Za 11,99 zł mam dodatek, który starcza mi na długo

Butelka ma 250 g i w Dino kosztuje 11,99 zł. Przy moim sposobie używania wystarcza na długo, bo naprawdę nie trzeba wylewać połowy opakowania.

Zresztą za duża ilość zepsułaby cały efekt. Ten krem ma mocny smak i łatwo potrafi przykryć delikatne składniki. Na burratę wyciskam cienką nitkę. Na jajko kilka kropli. Na blachę pieczonych warzyw też nie daję więcej niż trochę tu i tam.

W tym produkcie podoba mi się właśnie ta prostota. Nie muszę gotować redukcji balsamicznej, pilnować rondelka ani mieszać dodatkowego dressingu. Otwieram butelkę, wyciskam kilka kropel i odkładam z powrotem do lodówki.

I chyba dlatego zużywam go szybciej, niż początkowo zakładałam. Raz ląduje na śniadaniu, raz na obiedzie, a wieczorem potrafię dodać go do grzanki z kozim serem. Mała rzecz, a potrafi uratować naprawdę dużo zwyczajnych posiłków.