Choć sklepowe półki aż uginają się od różnorodnych słodyczy i od tej obfitości aż mieni się w oczach, są okazje, na które najchętniej kupuję łakocie, do których mam sentyment. Zdarza się, że słodkości, które pamiętam z wczesnego lub nastoletniego dzieciństwa wyglądają bardzo podobnie (prawie takie samo opakowanie lub ta sama marka), ale smakują zupełnie inaczej niż kiedyś. Kiedy więc trafiam na przysmak, którego każdy kęs przenosi mnie w czasie do słodkich lat młodości i wiem, że nie ma w nim ściemy, czuję się, jakbym dostała prezent od losu. Ostatnio na zakupach w Biedronce zauważyłam te same tekturowe pudełeczka o charakterystycznym kształcie, jakie kiedyś z wielkim namaszczeniem kupowało się w Pewexie (jako smarkula, ledwo sięgająca ponad stół, chodziłam tam za rękę z dziadkiem, który od czasu do czasu miał możliwość zrobienia mi takiej przyjemności).
Najlepsze łakocie rodem z Pewexu
W PRL-u pod obco (jak na tamte czasy) brzmiącą nazwą Pewex (będącą skrótem od: Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego) kryła się sieć sklepów, w których za waluty albo bony towarowe można było kupić towary praktycznie niedostępne w innych sklepach. Były to zarówno produkty importowane, jak i polskie. Innymi słowy, Pewex w latach 80. był królestwem luksusu i powiewem Zachodu. Gdy wchodziło się do środka, od razu czuć było delikatny zapach perfum, prawdziwej kawy, a czasem też słodkości.
Na półkach w Pewexie czekały rzeczy, jakich w normalnym spożywczaku czy na bazarze można było ze świecą szukać. Mnie jako maleńkiego dziecka zupełnie jeszcze nie interesowała elektronika czy kosmetyki, ale za to egzotyczne owoce, pachnące gumy Donaldy z historyjkami oraz coca cola pełna bąbelków już tak! Ponieważ od zawsze byłam łasuchem, pamiętam, że nawet klocki Lego nie miały aż takiego czaru, jak zagraniczna czekolada. Szczególnie mleczna oraz biała prosto z legendarnie bogatej Szwajcarii. Gdy dostawałam ją np. na urodziny, imieniny czy z okazji świadectwa z czerwonym paskiem, czułam się, jakbym wygrała życie.
Komuna na szczęście przeminęła, Pewexy całkiem szybko odeszły w zapomnienie, a z upływem lat oferta sklepów tylko się zwiększa i można bez problemu dostać pod domem towary z całego świata. Jednak mój sentyment do tych wyjątkowych słodyczy się nie zmienił.
Fot. Adobe Stock, Nada
Czekolada Toblerone - smak, który przetrwał
Moim przysmakiem wtedy i dziś jest czekolada Toblerone z nieziemsko pysznym nugatem miodowo-migdałowym. Została ona stworzona w 1908 r. przez Theodora Toblera Bernie, w Szwajcarii. Od razu miała ten charakterystyczny, podłużny kształt z trójkątnymi kostkami, inspirowany górami. W logotypie produktu przez lata znajdowała się ilustracja szczytu Matterhorn, mająca wkomponowaną postać niedźwiedzia, nawiązująca symbolicznie do herbu Berna. Do niedawna ta czekolada produkowana była jedynie w jedynie w Szwajcarii.
Najbardziej znane są 3 jej smaki:
- Toblerone Milk, czyli mleczna czekolada z nugatem, która ma opakowanie koloru beżowego
- Toblerone Dark, czyli gorzka czekolada z nugatem w czarnym opakowaniu
- Toblerone White, czyli biała czekolada z nugatem w białym opakowaniu
Wszystkie te wersje można teraz kupić m.in. w Biedronce. Ja się zaopatrzyłam od razu, żeby obdarować moich bratanków i dzieci sąsiadów na tegorocznego zajączka.
Na świecie dostępne są różne inne smaki tej czekolady (np. z rodzynkami czy miodem) oraz najróżniejsze gramatury: od wersji mini, która ma jedynie 3 maleńkie szczyty, aż po rekordową 4,5 kg, która składa się z aż 12 dużych trójkątów! Gdybym kiedyś trafiła na tę największą, na pewno nie odmówiłabym sobie takiej przyjemności.
Jeśli jakimś cudem jeszcze nie znasz czekolady Toblerone, koniecznie jej skosztuj. Jest szansa, że pokochasz jej smak i jakość, nawet jeżeli twoje dzieciństwo nie zaczęło się w PRL-u.
Fot. Adobe

















