Gdy wyprowadziłam się z Warszawy, w nowym miejscu od razu zaczęłam się zaznajamiać nie tylko z sąsiadami, ale też z okolicznymi sklepikarzami. Dzięki temu szybko poczułam się jak w domu. Mam już swój ulubiony sklep mięsny, warzywniak, a także cukiernię oraz osiedlowy spożywczak. Ten ostatni prowadzi przesympatyczny Pan Mirek, który zawsze wychodzi do swoich klientów, pyta o zdrowie, doradza, sypie anegdotami i sprawia, że zakupy spożywcze ze zwykłego obowiązku zamieniają się w przyjemny moment dnia. Ostatnio zagadaliśmy się na temat słodyczy z dzieciństwa, które wspomina się z rozrzewnieniem. 

Słodycze lat 90., za którymi się tęskni

Jeśli twoje dzieciństwo lub nastoletnia młodość przypadły na lata 90., na pewno pamiętasz więcej sklepowych łakoci niż tylko gumy z historyjkami, jak turbo czy donaldy. W tamtych czasach popularne też były gumy kulki na blistrze (da się podobne kupić do tej pory, choć smak i zapach już zdecydowanie nie ten sam). Moja babcia czasem kupowała dla wszystkich wnuków tzw. ciepłe lody, ale akurat ja za nimi nie przepadałam. Za to wręcz ubóstwiałam czekoladowe monety w szeleszczących, błyszczących papierkach (nie wyrzucało się ich, tylko przerabiało na zakładki do książek - bo potrafiły pachnieć mleczną czekoladą jeszcze długo). Całe moje pokolenie kochało również kolorowe galaretki w cukrze sprzedawane na wagę, draże (mleczne for life!) i pastelowe lody zapp o smaku toffi, a także napoje gazowane Sinalco, słodkie jak ulepek. 

Popularne były też wafelki koukou roukou (zwane po prostu: kukuruku) z naklejkami, które się zbierało i wymieniało na przerwach albo na trzepaku z innymi dzieciakami. Smakiem prosto z owianej legendami Ameryki, były żelki Haribo w kształcie misiów. Dziś toną wśród innych słodyczy na sklepowych półkach, ale wtedy to był rarytas, jakich mało. Ale najbardziej ze wszystkiego uwielbiałam pewne cukierki... Gdy powiedziałam o tym Panu Mirkowi, zrobił tajemniczą minę i powiedział, żebym za 3 dni wpadła do niego na chwilę. Okazało się, że zamówił u dostawcy Kopiko i to od razu w 2 smakach!

Kopiko - co to za cukierki?

Kopiko to twarde cukierki kawowe w kształcie podłużnej kostki, które naprawdę smakują kawą. Pierwotnie były one produkowane w Indonezji przez przedsiębiorstwo Mayora. Ich oryginalna nazwa pochodzi od ziaren kawy kōpiko. Z początku lat 2000 pamiętam reklamę telewizyjną tych słodyczy, w której grupa osób siedziała na wyjątkowo nudnym spotkaniu służbowym i w pewnym momencie, dla jednego z nich (Andrzeja, który przysypiał) szef zamówił (telefonicznie!) cukierki Kopiko prosto z Indonezji, z wyspy Jawy. I zjawiły się w biurze w 15 sekund, przywiezione przez dostawcę czymś w rodzaju tuk tuka. Na tamten moment było to tak niecodzienne, że ten obraz i hasło reklamowe utkwiło mi w głowie do dziś. 

Gdy byłam mała, te cukierki były jak zakazany owoc (jak w słynnej piosence Krzysia Antkowiaka, którą śpiewali wtedy wszyscy, fałszując wniebogłosy) - chowane przez mamę i babcię w kredensie, zamykanym na klucz. Powód był prosty, w ich składzie znajdowała się kofeina. Zresztą, nadal się znajduje, zawierają one ekstrakt z kawy. Co więcej, smakują teraz dokładnie tak samo jak 20-25 lat temu! Kiedyś dostępny był tylko 1 smak (czystej kawy), teraz można też kupić sobie wersję cappuccino, która jest wręcz fantastyczna! Ma okrągły kształt i przyjemnie mleczno-kawowy aromat. Jadąc na przedświąteczne spotkanie z redakcją, zabrałam ze sobą dwa opakowania i poczęstowałam wszystkich w pracy. Okazało się, że wiele osób tak samo, jak ja, uwielbia ten smak. 

Fot. Redakcja Mojegotowanie.pl

W opakowaniu 100 g kryje się aż 25 oddzielnie zapakowanych cukierasów. Można je bez problemu poutykać w kieszeni, torebce lub plecaku i zabrać ze sobą, wychodząc z domu. Po zjedzeniu 2 takich cukierków, człowiek czuje się jak po wypiciu filiżanki kawy.

Cukierki Kopiko są do kupienia nie tylko w moim osiedlowym spożywczaku. W dużych miastach znajdziesz je też w ofercie sklepów sieci Lewiatan oraz Społem. Zakup 1 torebki to koszt ok. 8 zł.