Salami długo było moim pewniakiem do kanapek, ale odkąd spróbowałam tego kalabryjskiego specjału, klasyczne salami coraz częściej zostaje na sklepowej półce. ’Nduja jest miękka, intensywnie mięsna i porządnie pikantna. Można rozsmarować ją na kromce niczym pastę, ale na tym jej możliwości się nie kończą. Łyżeczka dodana do makaronu, pizzy czy sosu pomidorowego potrafi odmienić całe danie.
Jeśli ktoś zna przede wszystkim włoskie prosciutto, mortadelę czy salami, ’nduja może być sporym zaskoczeniem. Zamiast zwartej kiełbasy, którą kroimy w plasterki, dostajemy miękką, smarowną wędlinę o charakterystycznym czerwonym kolorze. Za jej ognisty charakter odpowiada duża ilość papryczek chili.
’Nduja to pikantny specjał z Kalabrii
Ojczyzną ’ndui jest Kalabria na południu Włoch, a szczególnie kojarzona jest ona z miejscowością Spilinga. To region, w którego kuchni ostre papryczki peperoncino zajmują wyjątkowo ważne miejsce.
Tradycyjna ’nduja powstaje z wieprzowiny połączonej z dużą ilością kalabryjskiej ostrej papryki. Charakterystyczne proporcje składników oraz sposób przygotowania sprawiają, że nie przypomina klasycznej kiełbasy.
Jest miękka, wręcz kremowa i łatwo się rozsmarowuje. Jednocześnie pozostaje niezwykle intensywna. Smak wieprzowiny łączy się tutaj z pikantnością i aromatem papryki, tworząc dodatek, którego naprawdę nie potrzeba wiele.
Na kanapce wystarczy mi cienka warstwa
Pierwsze spotkanie z ’ndują najlepiej zacząć od najprostszego sposobu podania. Ja kromkę dobrego chleba lekko podpiekam, a następnie rozsmarowuję na niej niewielką ilość wędliny.
I właściwie już tyle wystarczy.
Jeśli chcę złagodzić pikantność, dodaję burratę, mozzarellę albo ricottę. Delikatny, mleczny smak sera świetnie równoważy ostrość ’ndui. Pasują do niej również pomidory, grillowana papryka czy odrobina miodu. Połączenie słodyczy z chili brzmi nietypowo, ale działa znakomicie.
Takie grzanki podaję również jako przekąskę, krojąc pieczywo na mniejsze kawałki. Znikają ze stołu zdecydowanie szybciej niż półmisek zwykłego salami.
Adobe Stock, FV Photography
Do makaronu dodaję zaledwie łyżeczkę
Najbardziej lubię ’nduję za to, że może pełnić funkcję przyprawy. Nie trzeba budować wokół niej całego dania - czasem wystarczy niewielka porcja.
Na patelnię wrzucam łyżeczkę ’ndui i delikatnie ją podgrzewam. Tłuszcz zaczyna się wytapiać, a paprykowy aromat rozchodzi się po całej kuchni. Dodaję pomidory, mieszam i po kilku minutach mam intensywny sos do makaronu.
Do takiej bazy można dorzucić czosnek, cebulę albo odrobinę parmezanu. Lubię również połączyć pikantny sos z mascarpone lub śmietanką. Dzięki temu nadal czuć charakter ’ndui, ale ostrość staje się łagodniejsza.
Pizza z ’ndują to zupełnie inna liga
Ten kalabryjski specjał jest wręcz stworzony do pizzy. Zamiast przykrywać cały placek plasterkami kiełbasy, rozkładam na nim niewielkie porcje ’ndui.
Pod wpływem wysokiej temperatury miękka wędlina zaczyna się rozpływać, a pikantny tłuszcz miesza się z sosem pomidorowym i mozzarellą. Dzięki temu jej smak rozchodzi się po całej pizzy.
Szczególnie lubię zestawiać ją z łagodnymi składnikami. Mozzarella, burrata czy ricotta dobrze równoważą chili. Ciekawym dodatkiem jest również karmelizowana cebula, której słodycz kontrastuje z ostrym charakterem wędliny.
Nawet jajecznica smakuje z nią inaczej
Słoiczek albo kawałek ’ndui w lodówce potrafi uratować również śniadanie. Odrobinę wędliny rozpuszczam na patelni, a dopiero później wbijam jajka.
W podobny sposób można wykorzystać ją do szakszuki, fasoli w sosie pomidorowym, zapiekanych ziemniaków czy tostów z serem. Świetnie sprawdza się wszędzie tam, gdzie przydałaby się jednocześnie odrobina mięsnego smaku, tłuszczu i chili.
Trzeba tylko pamiętać o jednym - z ’ndują łatwo przesadzić. Lepiej zacząć od małej ilości, spróbować potrawy i ewentualnie dodać więcej.
Gdy widzę ją w markecie, salami może dla mnie nie istnieć
Jeszcze niedawno ’nduja była produktem, którego trzeba było szukać w sklepach z włoskimi specjałami. Dziś można natknąć się na nią także w marketach, szczególnie podczas tygodni poświęconych kuchni włoskiej (np. w Lidlu).
Warto wtedy dokładnie przyjrzeć się półce z wędlinami i włoskimi produktami. Jeśli lubisz pikantne smaki, ten niepozorny specjał daje znacznie więcej możliwości niż kolejna paczka salami.
Jednego dnia smaruję nim chrupiącą kromkę, następnego dorzucam łyżeczkę do makaronu, a resztę zostawiam na domową pizzę. I właśnie za to najbardziej lubię ’nduję - niewielka ilość wystarczy, żeby nawet najprostsze danie nabrało prawdziwie kalabryjskiego charakteru.


Obserwuj nas na Google














