Jabłka w szarlotce potrafią być kapryśne. Raz puszczą za dużo soku, innym razem wyjdą mdłe albo jednowymiarowe w smaku. Cynamon pomaga, cukier i skrobia robią swoje, ale czasem i tak masz wrażenie, że „wszystko już było”. Dlatego ja lubię sięgać po nietypowe dodatki, które wynoszą proste ciasto na nowy poziom. Wbrew pozorom nie dominują, tylko podkręcają naturalny smak owoców. Przy czym nie chodzi o wielką rewolucję, raczej o mały twist, który sprawia, że zawartość blachy znika szybciej niż zwykle, a sąsiadki zaczynają trajkotać między sobą jak nakręcone.
W jaki sposób „złamałam” przepis na szarlotkę?
Jabłka łatwo stają się przewidywalne. Słodycz, lekka kwasowość i miękka struktura szybko się spłaszczają. Jeśli pieczesz często, pewnie znasz ten moment, gdy po spróbowaniu nadzienia na surowo wiesz już, jaki będzie efekt końcowy. Poprawny, ale bez efektu „wow”.
Właśnie dlatego warto dodać do jabłek coś, co wprowadzi kontrast smaku i konsystencji. Coś, co zatrzyma soczystość, ale jednocześnie da drobne zaskoczenie przy każdym kęsie. W klasycznej kuchni robi się to rodzynkami, skórką pomarańczową albo orzechami. Ja poszłam krok dalej i zaczęłam dorzucać drobne, słodko-pikantne kawałki w kolorze bursztynu – kandyzowany imbir. W piecu miękną i scalają się z nadzieniem, ale nie znikają całkowicie.
Nadzienie przestaje być jedynie klasycznym tłem dla kruchego ciasta. Zaczyna grać pierwsze skrzypce. Jabłka nabierają głębi, słodycz nie jest płaska, a cynamon nie dominuje. Smak kandyzowanego imbiru nie jest tak ostry, jak w przypadku świeżego korzenia, więc nie trzeba się obawiać, że będzie drażnił. Ten dodatek zapewnia po prostu dodatkową, lekko karmelową słodycz i ciekawe korzenne wykończenie.
Jak przygotować jabłka, żeby „bursztynki” zrobiły robotę?
Sam dodatek to jedno, ale równie ważne jest przygotowanie jabłek. Jeśli zrobisz to byle jak, nawet najlepszy patent nie pomoże. Owoce zawsze obieram i kroję w cienkie plasterki albo w drobną kostkę. Unikam tarcia na tarce, bo wtedy masa robi się zbyt jednolita i wodnista.
Do miski z jabłkami najpierw trafiają przyprawy, cukier jest właściwie niepotrzebny. Mieszam, zostawiam na kilka minut. Dopiero potem dodaję drobno posiekane słodkie kawałki kandyzowanego imbiru.
Jeśli jabłka są bardzo soczyste, odsączam nadmiar płynu albo dodaję odrobinę bułki tartej lub kaszy manny. Dzięki temu nadzienie nie rozmiękczy ciasta. Całość mieszam dokładnie, ale bez miażdżenia owoców.
Ile dodać i jak nie przesadzić?
Najczęstszy błąd to myślenie, że skoro coś jest dobre, to im więcej, tym lepiej. W przypadku tego dodatku to nie działa. Do standardowej blachy szarlotki wystarczy niewielka garść drobno posiekanych kawałków. One mają być delikatnym akcentem, a nie bazą.
Jeśli dasz ich za dużo, jabłka stracą pierwszoplanową rolę, a całość zacznie kojarzyć się bardziej z piernikiem. Chodzi o balans. Słodycz jabłek, kwasowość, przyprawy i ten jeden, lekko pikantny element muszą się uzupełniać.
Ważne jest też równomierne rozprowadzenie. Nie wsypuj wszystkiego w jedno miejsce. Mieszaj cierpliwie, aż każdy kawałek jabłka dostanie „towarzystwo”.
Jeśli pieczesz szarlotkę po raz pierwszy w tej wersji, polecam zrobić próbę. Odłóż łyżkę nadzienia, spróbuj i zastanów się, czy smak jest dla ciebie. pamiętaj jednak, że po upieczeniu wszystko jeszcze się połączy a kandyzowany imbir lekko się rozpuści.
Z czym ten patent lubi się najbardziej?
Dodatek kandyzowanego imbiru najlepiej odnajdzie się w klasycznej szarlotce na kruchym cieście, ale świetnie sprawdzi się też w wersji z orzechową kruszonką albo na półkruchym spodzie. Możesz wykorzystać go też przy wypiekach z ciasta francuskiego lub drożdżowego.
Lubi towarzystwo cynamonu, wanilii i odrobiny soku z cytryny. Gorzej dogaduje się z bardzo intensywnymi przyprawami, jak goździki czy kardamon, bo wtedy robi się zbyt przytłaczająco.
Jeśli podajesz szarlotkę na ciepło, z bitą śmietaną albo z lodami waniliowymi, efekt jest jeszcze lepszy. Ciepłe jabłka, zimny dodatek i ten lekko pikantny akcent robią robotę.

















