W działach z egzotycznymi owocami ceny zwykle straszą bardziej niż duchy na Halloween, ale można czasami znaleźć superokazję. Tym razem przy jednym ze stoisk zatrzymałam się na dłużej i wcale nie byłam jedyna. Klientka obok wyglądała na równie zaintrygowaną. Zaczęłam się zastanawiać, czy warto zaryzykować zakup czegoś, czego nigdy wcześniej nie próbowałam. I nie byłabym redaktorką kulinarną, gdybym tego nie zrobiła. 6 złotych to żadne ryzyko. Kto nie ryzykuje, ten nie je cherimoyi.

Cherimoya wygląda jak jajo dinozaura. Co to takiego?

Cherimoya, zwana też flaszowcem peruwiańskim, pochodzi z Ameryki Południowej. Ma zieloną skórkę pokrytą charakterystycznym wzorem przypominającym łuski. Mnie od razu ten owoc skojarzył się z jajem dinozaura. 

Redakcja MojeGotowanie.pl Zdjęcie własne

W Auchan owoc ostatnio kosztował 5,99 zł za sztukę. Długo zastanawiałam się nad zakupem. Klientka obok robiła również mu zdjęcia i googlowała, co to takiego, jak smakuje i jak się to je. Ostatecznie, po konsultacji z koleżanką, zdecydowała się na zakup. Ja również. 

Redakcja MojeGotowanie.pl Zdjęcie własne

Wybrałam okaz o możliwie jak najbardziej zielonej, jednolitej skórce, bez plamek i uszkodzeń. Owoc był jeszcze twardy, dlatego w domu położyłam go obok jabłek, żeby dojrzał.

Dwa dni obok jabłek i wielkie zaskoczenie. W środku prawdziwa ambrozja

Cherimoyę kupiłam w sobotę, a spróbowałam dopiero w poniedziałek. Wtedy skórka była już miękka. Pod naciskiem opuszka palca delikatnie się uginała, ale palec nie zapadał się głęboko. To znak, że owoc nadaje się do jedzenia. 

Jak jeść cherimoyę? Najprościej przekroić ją na pół i wyjadać miąższ łyżeczką, usuwając po drodze duże, czarne pestki, które znajdują się nie tylko na wierzchu, ale i w głębi miąższu. Nie wolno ich jeść, podobnie jak skórki. Ja do takich owoców mam specjalną łyżeczkę z miniząbkami - początkowo była do grejpfruta, ale sprawdziła się też przy cherimoyi.

Redakcja MojeGotowanie.pl Zdjęcie własne

Pierwsza łyżeczka była ogromnym zaskoczeniem. Miąższ okazał się aksamitny, soczysty, kremowy, wręcz rozpływający się na języku. Pod względem konsystencji trochę jak dojrzały banan. Moja cherimoya smakowała jak połączenie banana z kokosem z dodatkiem słodkiej śmietanki. Nie wyczułam żadnej kwaskowej nuty. To właściwie gotowy deser, do którego niczego nie trzeba dodawać.

Hiszpanie doskonale ją znają. Z tego owocu robi się też obłędne desery

Hiszpania jest największym europejskim producentem flaszowca peruwiańskiego. Uprawia się go przede wszystkim w okolicach Granady i Malagi. Mój okaz z Auchan również pochodził właśnie z Hiszpanii. W Hiszpanii owoc jada się na surowo, ale trafia też do deserów. W Peru przygotowuje się z niego koktajle i lody, a w Chile popularna jest „chirimoya alegre”, czyli miąższ owocu zalewany z sokiem pomarańczowym z dodatkiem posypki z cukru pudru.

W domu możesz dodać cherimoyę do jogurtu, owocowego musu, lodów albo naleśników. Sprawdzi się także w sałatce owocowej. Dojrzałe owoce mają zwykle około 10-20 cm średnicy, więc jedną sztuką spokojnie można się podzielić. 

Czy kupiłabym ją ponownie? Chętnie. Niecałe 6 zł to moim zdaniem umiarkowana cena za tak egzotyczną przyjemność, zwłaszcza że inne tego typu owoce bywają znacznie droższe, a przy tym mniejsze - i a więc mniej opłacalne. Jeśli zobaczysz cherimoyę w sklepie, sprawdź ją koniecznie na własnym podniebieniu. Miąższ smakuje jak gotowy deser, którego nie trzeba ulepszać.