Na targowisku kupiłam kilogram tych owoców za zaledwie 6 zł. Patrząc na ich jakość, miałam wrażenie, że sprzedawca sam nie do końca wiedział, co sprzedaje. Kiedy pokroiłam i wrzuciłam je do miseczki, mój mąż, który lubi „podkradać” mi przekąski, łypnął tylko jednym okiem, przekonany, że zajadam... gotowane buraki. Rozczarowany, poszedł szperać dalej po spiżarce i lodówce, a ja odetchnęłam z ulgą.
Pierwsze śliwki wcale nie robaczywki. Skąd wzięły się śliwki satsuma?
Nazwa śliwek satsuma wzięła się od dawnej japońskiej prowincji o tej nazwie. Co ciekawe, Japończycy wcale aż tak ochoczo nie wykorzystują tych śliwek w swojej kuchni - wolą śliwki umeboshi. Śliwki tej odmiany znacznie bardziej są popularne na Zachodzie. Co ciekawe, w Afryce Południowej przyrządza się je w occie.
To odmiana śliwy japońskiej, która wyróżnia się intensywnie, buraczkowo wręcz czerwonym miąższem i ciemną skórką. Pachną delikatnie migdałami, a smak trudno porównać z naszymi śliwkami. Są bardzo słodkie, niezwykle delikatne, a lekko kwaskowa pozostaje jedynie skórka. Skórka jest cienka - najwygodniej jeść te owoce razem z nią, bez obierania.
Red. MojeGotowanie.pl Zdjęcie własne
Miąższ jest zwarty, ale jednocześnie pełen soku. Bardziej dojrzałe owoce wręcz rozpływają się w ustach, a pestka jest niewielka, więc niemal cały owoc można wykorzystać.
Idealne do polskich wypieków i domowych przetworów
Najbardziej dojrzałe satsumy aż proszą się o wyciskanie soku lub przygotowanie dżemu. Ja jednak najchętniej jem je na surowo. Nieco twardsze okazy świetnie sprawdzą się w cieście pod kruszonką, drożdżówkach czy tartach, bo zachowują kształt podczas pieczenia.
W polskiej kuchni bez problemu zastąpią tradycyjne śliwki. Można przygotować z nich kompot, mus do naleśników, powidła, konfiturę, syrop albo dodać do owsianki czy twarożku. Ich intensywny kolor i wyjątkowy aromat to zalety nie do przecenienia.
Na pierwszy rzut oka wyglądają niepozornie, ale wystarczy jeden kęs, by zrozumieć, dlaczego zachwycają - mają apetyczny kolor, miąższ, aromat i smak. A do tego sycą, bo zawierają sporo błonnika, w tym pektyn (od 1,5 do 2 g na 100 g). Pektyny z kolei pomagają żelować przetwory, więc na dżem są stworzone. Jeśli trafisz na nie na bazarze w podobnej cenie, nie wahaj się i skorzystaj z okazji. To jeden z tych produktów, który potrafi pozytywnie zaskoczyć i wnieść do domowych wypieków zupełnie nowy smak.

















