Przez lata groch miał u nas opinię produktu mało eleganckiego. Taniego, zwyczajnego i kojarzącego się przede wszystkim z grochówką, która miała tanim kosztem nasycić na wiele godzin. A przecież wystarczy chłodniejszy jesienny dzień, żebym natychmiast przypomniała sobie, dlaczego zawsze mam jego paczkę w szafce. Z wędzonką, warzywami i solidną porcją majeranku zamienia się w jedną z najlepszych zup na tę porę roku.

Nie jest też żadnym kulinarnym wynalazkiem naszych babć. Groch należy do roślin uprawianych przez człowieka od tysięcy lat. Znali go mieszkańcy starożytności, a z czasem stał się ważnym składnikiem również współczesnej europejskiej kuchni.

Groch jedzono już tysiące lat temu

Historia grochu jest zdecydowanie bardziej imponująca, niż sugerowałaby niepozorna paczka stojąca obok fasoli i kaszy. Jego uprawa sięga prawdopodobnie nawet czasów prehistorycznych, a później był znany między innymi w starożytnej Grecji i Rzymie.

Co ciekawe, przez znaczną część swojej historii groch jadano inaczej niż dzisiaj popularny zielony groszek. Dojrzałe nasiona suszono, dzięki czemu można było długo je przechowywać, a później gotować z nich sycące potrawy.

To właśnie suszony groch do dziś jest podstawą tradycyjnej grochówki. I kiedy jesienią temperatura spada, zdecydowanie bardziej ciągnie mnie do takiego garnka niż do lekkiej zupy z kilku warzyw.

Grochówka musi być tak gęsta, że niemal stoi w niej łyżka

W moim domu nie przejdzie wodnista grochówka. Ma być konkretna, aromatyczna i pełna dodatków.

Najczęściej wybieram groch łuskany połówki. Gotuje się wygodnie i z czasem zaczyna rozpadać, naturalnie zagęszczając zupę. Dorzucam marchew, pietruszkę, kawałek selera i ziemniaki. Nie może zabraknąć również cebuli.

Osobną sprawą jest wędzonka. Wędzone żeberka albo kawałek boczku nadają wywarowi charakterystyczny aromat, z którym najbardziej kojarzy mi się prawdziwa grochówka.

Na końcu obowiązkowo rozcieram w dłoniach majeranek. Dodaję też czosnek, pieprz i próbuję przed dosypaniem soli, ponieważ wędzone mięso potrafi być już wystarczająco słone.

grochówka tradycyjnaAdobe Stock, mypointofview

Groch połówki czy cały? Jest różnica

Przed sklepową półką warto zwrócić uwagę, jaki groch wkładamy do koszyka. Łuskany groch połówki jest dla mnie najwygodniejszym rozwiązaniem do zupy, szczególnie kiedy nie chcę planować obiadu dzień wcześniej.

Groch cały wymaga zwykle dłuższego przygotowania i namaczanie może wyraźnie skrócić jego późniejsze gotowanie. W przypadku łuskanych połówek często można ten etap pominąć, choć zawsze warto sprawdzić wskazówki producenta na opakowaniu.

Jeśli zależy mi na wyjątkowo kremowej konsystencji, pozwalam grochowi gotować się dłużej. Część ziaren rozpada się wtedy niemal całkowicie i nie potrzebuję ani mąki, ani dodatkowych zagęstników.

Z ugotowanych ziaren można też przygotować gęste puree. Dobrze komponuje się z podsmażoną cebulką i pieczonym mięsem. Groch może być też bazą pasty do chleba - wystarczy zmiksować go z podsmażoną cebulą, czosnkiem, przyprawami i odrobiną oleju.

Można również zrobić z niego kremową zupę bez wędzonki. Podsmażona cebula, por, marchew, bulion i przyprawy wystarczą, żeby pokazać go z zupełnie innej strony.

Dawniej był znacznie ważniejszy niż dziś

Suszone nasiona miały ogromną praktyczną zaletę: nadawały się do przechowywania przez długi czas. Nic więc dziwnego, że groch przez stulecia zadomowił się w kuchniach różnych części Europy.

Także w dawnej kuchni polskiej groch zajmował ważne miejsce. Jednym z najbardziej znanych połączeń pozostaje groch z kapustą, danie szczególnie mocno kojarzone dziś z tradycyjnym stołem wigilijnym.

Kiedy patrzę na stare przepisy, trudno więc nazwać groch nudnym dodatkiem. To raczej jeden z tych składników, które przez wieki były czymś zupełnie oczywistym, a współcześnie trochę straciły blask w konkurencji z dziesiątkami nowych produktów.

Jesienią zawsze mam paczkę w szafce

Groch nie ma egzotycznej nazwy, efektownego opakowania ani statusu modnego, viralowego składnika. Kosztuje niewiele i można go znaleźć właściwie w każdym markecie. Być może właśnie dlatego tak łatwo przejść obok niego obojętnie - ba, niektórzy Polacy chyba trochę nim gardzą.

Ja jesienią robię dokładnie odwrotnie. Paczka suszonego grochu ląduje w koszyku, a przy okazji biorę włoszczyznę, ziemniaki, majeranek i kawałek dobrej wędzonki. Potem potrzebny jest już tylko duży garnek i trochę cierpliwości.

Kiedy za oknem robi się ciemno zdecydowanie za wcześnie, a w kuchni pachnie wędzonką, czosnkiem i majerankiem, groch przestaje być „biednym” składnikiem z dolnej półki. Wtedy przypominam sobie, że czasami właśnie z najprostszych produktów powstają obiady, na które czeka się przez całe lato.