Przez lata wydawało mi się, że o naleśnikach wiem już wszystko. Ciasto było dopracowane, patelnia odpowiednio rozgrzana, a kolejne placki wychodziły dość cienkie i jednocześnie elastyczne. Dopiero z czasem przekonałem się, że sekret nie zawsze tkwi w samym przepisie. Czasem decyduje o nim drobny szczegół podczas smażenia.
To właśnie jest piękne w tak popularnych daniach. Naleśniki przygotowuje się niemal w każdym domu, ale każdy ma własne patenty i doświadczenia. Im dłużej gotuję, tym częściej przekonuję się, że nawet przy tak klasycznej potrawie można nauczyć się czegoś nowego. Nie chodzi o modne dodatki ani skomplikowane składniki. Wystarczy zmienić jeden etap przygotowania, żeby później uzyskać znacznie lepszy efekt.
W moim domu najbardziej lubię robić od razu większą porcję naleśników. Część zjadamy od razu, ale sporo odkładam na później. Dzięki temu następnego dnia wystarczy je nadziać serem czy dżemem i potem podgrzać z masłem i ulubionymi dodatkami. Właśnie wtedy zauważyłem, że sposób smażenia ma ogromny wpływ na końcowy efekt smakowy.
Jak robi się naleśniki w barach mlecznych i garmażerkach?
Od lat z zainteresowaniem przyglądam się pracy w barach mlecznych i garmażerkach. To właśnie stamtąd najczęściej czerpię kulinarne inspiracje, bo pracują tam ludzie, którzy każdego dnia przygotowują dziesiątki, a czasem nawet setki pierogów czy właśnie naleśników. W takich miejscach nie ma miejsca na przypadek. Liczy się powtarzalność, dobra organizacja i rozwiązania, które sprawdzają się w praktyce.
Proces wygląda zwykle podobnie. Najpierw powstaje większa ilość ciasta, później naleśniki są kolejno smażone i odkładane jeden na drugi. Nie trafiają jednak zwykle od razu na talerz. Dopiero później są nadziewane serem, mięsem lub farszem warzywnym, a następnie ponownie podsmażane na maśle albo krótko zapiekane przed podaniem.
Właśnie dlatego podczas pierwszego smażenia nie doprowadza się ich do pełnego zrumienienia. Fachowcy doskonale wiedzą, że naleśnik i tak dostanie jeszcze drugą porcję ciepła. Gdyby już na początku był mocno usmażony, po ponownym podsmażeniu zrobiłby się zbyt suchy i sztywny. Dlatego pierwsze smażenie jest nieco krótsze. To właśnie na tej obserwacji oparłem swoją metodę minus jeden.
Zasada minus jeden przy smażeniu naleśników
Moja metoda jest bardzo prosta. Jeśli wiem, że wszystkie naleśniki zjemy od razu, smażę je normalnie. Jeżeli jednak przygotowuję większą porcję i planuję później je odsmażać, skracam łączny czas smażenia o około jedną minutę. Nie chodzi oczywiście o dokładnie odmierzane sekundy na każdej stronie, ale o świadome zakończenie smażenia nieco wcześniej niż zwykle.
Dzięki temu naleśniki pozostają delikatne i elastyczne. Nie przesuszają się, łatwo je składać i zwijać, a podczas późniejszego podsmażania nabierają idealnego koloru oraz chrupiących brzegów, jednocześnie nie przypalając się zbytnio. Cały proces kończy się dopiero wtedy, gdy trafiają na patelnię z masłem i dodatkami.
Ten prosty patent szczególnie dobrze sprawdza się wtedy, gdy robisz naleśniki na dwa dni albo przygotowujesz większą porcję dla całej rodziny. Drugiego dnia nie masz wrażenia, że odgrzewasz wczorajsze danie. Wręcz przeciwnie: po krótkim podsmażeniu smakują tak, jakby dopiero co na świeżo zeszły z patelni. Właśnie dlatego metoda minus jeden na stałe zagościła w mojej kuchni i dziś nie wyobrażam sobie innego sposobu przygotowywania naleśników przeznaczonych do późniejszego odsmażania.


Obserwuj nas na Google














