Chociaż zakochani w ogórkach małosolnych Polacy daliby się pewnie pokroić w obronie tezy, że to typowo polski przysmak, to jednak trzeba uczciwie przyznać, że tego typu delikates jada się w całej Europie Środkowej i Wschodniej.
I nic więc w tym dziwnego, że niemal wszystkie otaczające nas narody mają swoje własne przepisy i patenty na ogórki małosolne. Na większą uwagę zasługuje tutaj zwłaszcza sposób rumuński. W państwie położonym nad Morzem Czarnym od lat praktykuje się sprytny trik, który sprawia, że ogóreczki nadają się do jedzenia nawet w około dobę od zakiszenia.
Rumuński patent na ogórki małosolne
Metoda słoneczna to nic innego jak po prostu wystawienie zakręconych słoiczków lub kamionek z ogórkami małosolnymi na działanie promieni słonecznych. Rumuni nie chowają swoich ogórków od razu do spiżarni, tylko najpierw (zwykle ok. 1-2 dni) kładą je w dobrze nasłonecznionym miejscu.
Działanie ciepła na słoiki nie jest skomplikowane. Po prostu w ten sposób przyspiesza się proces fermentacji i „pierwsze” ogórki małosolne uzyskane w ten sposób zyskują charakterystyczny smak już po ok. 24 godzinach od zalania solanką. Polscy fani małosolnych czym prędzej powinni przetestować ten patent w swoim domu!
Rumuńskie ogórki małosolne – co Rumuni dodają do środka?
A co Rumuni dodają do każdego słoika z ogórkami? Nie ma tu wielkiej sensacji. Podobnie jak w Polsce małosolne robi się z dodatkiem kopru, czosnku, pieprzu, nieraz także gorczycy. By jeszcze bardziej przyspieszyć fermentację, w kraju ze stolicą w Bukareszcie często do ogórków dodaje się także odrobinę chleba lub nawet ziarenek kukurydzy. Kto by przypuszczał, że Rumuni są aż tak niecierpliwi!
Nieco rzadziej niż u nas w Rumunii dodaje się do ogórków małosolnych korzeń chrzanu i liście wiśni i innych drzew, choć w internecie można natknąć się na tego typu rumuńskie przepisy.
Co z solanką? Proces kiszenia zarówno w Polsce, jak i w krainie Drakuli odbywa się w ten sam sposób, więc nic w tym dziwnego, że Rumuni także sypią do wody 1 łyżkę soli niejodowanej kamiennej, sporządzając zalewę do swoich kiszonek.
Tradycja rumuńskich kiszonek
Zamiłowanie Rumunów do kiszenia być może jest nawet silniejsze niż w Polsce. Weźmy choćby taką kiszoną kapustę po rumuńsku. W tym kraju robi się to w wielu odsłonach, w tym również w takim wydaniu, o jakim u nas mało kto słyszał. Otóż do beczek wkłada się całe główki, które potem służą np. za bazę do gołąbków.
Niespotykane w Polsce jest również raczej kiszenie arbuza (w Rumunii łatwiej o uprawę tych owoców niż nad Wisłą) czy zielonych pomidorów. Rumuni kochają także kiszone sałatki warzywne składające się z posiekanych warzyw, które zachwycają nie tylko smakiem, ale także kolorowym wyglądem.


Obserwuj nas na Google














