Hawaje mają swoje pocztówkowe pewniaki, takie jak plaże, palmy i girlandy lei, ale kawa raczej nie stoi w pierwszym szeregu atrakcji. A szkoda, bo na największej wyspie archipelagu powstaje słynna Kona – łagodna, aromatyczna i na tyle ceniona, że za dobre ziarna trzeba sporo zapłacić. Za ich fenomenem stoją wulkaniczne zbocza, niemal 200 lat historii i sporo ręcznej pracy. 

Sekret smaku kryje się na zboczach wulkanów

Kona pochodzi z zachodniej części wyspy Hawaiʻi, nazywanej również Big Island. Kawowce rosną tam na zboczach dwóch potężnych wulkanów. Obszar produkcji jest niewielki, dlatego nie każda hawajska kawa może nosić tę nazwę.

Warunki są tam dość niezwykłe. Poranki często są słoneczne, później nad zboczami zbierają się chmury, które osłaniają rośliny przed najmocniejszym słońcem i przynoszą wilgoć. Do tego dochodzi wulkaniczne podłoże i położenie plantacji na zboczach. W wielu miejscach teren jest stromy i kamienisty.

Z punktu widzenia plantatora nie jest to najwygodniejsze miejsce do pracy. Dla kawowców okazuje się jednak bardzo dobre. Owoce dojrzewają stopniowo, dlatego podczas zbiorów pracownicy wielokrotnie wracają do tych samych krzewów i wybierają dojrzałe sztuki. W wielu gospodarstwach sporą część pracy nadal wykonuje się ręcznie.

Fot. Adobe Stock, Andrea Izzotti

Niecałe 200 lat wystarczyło, by zdobyć renomę

Historia kawy na Hawajach nie jest szczególnie długa. Pierwsze sadzonki próbowano uprawiać na wyspach na początku XIX wieku, ale prawdziwy początek kawowej tradycji Kona datuje się na 1828 rok. Wtedy misjonarz Samuel Ruggles sprowadził kawowce do tego regionu i zasadził je na zachodnich zboczach wyspy Hawaiʻi.

Jednak na kluczową odmianę trzeba było poczekać jeszcze kilkadziesiąt lat. W 1892 roku na Hawaje trafiła Typica pochodząca z Gwatemali. Dobrze odnalazła się w miejscowych warunkach i z czasem zaczęto nazywać ją Kona Typica. 

Co ciekawe, kawa Kona zdążyła zwrócić na siebie uwagę jeszcze przed końcem XIX wieku. Ziarna związane z plantatorem Henrym Nicholasem Greenwellem zostały wyróżnione na wystawie światowej w Wiedniu w 1873 roku. Potrzebowały więc zaledwie kilku dekad, żeby z lokalnej uprawy stać się surowcem cenionym również daleko poza Hawajami.

Łagodność zamiast palonej goryczy

To właśnie tutaj kryje się największa niespodzianka. Dobra Kona słynie z łagodności, równowagi i niewielkiej cierpkości. Nie powinna atakować języka ciężką, paloną goryczą. Często opisuje się ją jako gładką i naturalnie słodkawą.

Nie oznacza to oczywiście, że kawa smakuje deserowo. Chodzi raczej o wrażenie słodyczy, które pojawia się, gdy naparu nie dominuje gorycz. Dzięki temu osoby przyzwyczajone do słodzenia kawy mogą odkryć, że przy dobrych ziarnach cukier wcale nie jest konieczny, a najlepiej smakuje tzw. mała czarna, bez żadnego mleka czy śmietanki.

Słynna nazwa na etykiecie może zwodzić

Renoma ma również swoją ciemniejszą stronę. Skoro nazwa Kona dobrze się sprzedaje, producenci chętnie umieszczają ją na opakowaniach. I tutaj łatwo wpaść w pułapkę.

„Kona blend” nie jest tym samym co „100% Kona Coffee”. W pierwszym przypadku masz do czynienia z mieszanką, w której kawa z Kona może stanowić tylko część zawartości. Reszta ziaren pochodzi z innych miejsc. Dlatego duży napis „Kona” z przodu paczki jeszcze o niczym nie przesądza.

Jeżeli chcesz spróbować kawy charakterystycznej dla tego hawajskiego regionu, sprawdź drobny druk i szukaj odpowiednich oznaczeń. Wtedy łatwiej zrozumiesz również wysoką cenę. Płacisz za ziarna z bardzo ograniczonego obszaru, trudne warunki uprawy, dużą ilość pracy ręcznej i produkcję, której nie da się zwiększyć na skalę znaną z największych kawowych regionów świata.