Są takie produkty, które nie potrzebują szczególnej reklamy ani żadnej specjalnej okazji - wystarczy raz spróbować i same „wpisują się” do codziennego menu. U mnie dokładnie tak było ze śledziami Marinero z żurawiną, kolendrą i liśćmi limonki z Biedronki. Wzięłam je kiedyś zupełnie przypadkiem, bardziej z ciekawości niż z potrzeby, a dziś łapię się na tym, że niemal co drugi dzień dokładam je do koszyka. Bo wiem, że zawsze się sprawdzą: i na szybki obiad, i na kolację, i nawet jako coś „na szybko” dla gości. Naprawdę, to mój zakup wszech czasów.

Kilka słów o pysznym śledziu

Już po otwarciu opakowania widać, że to nie jest klasyczny śledź, do jakiego większość z nas jest przyzwyczajona. Filety są jasne, jędrne, ładnie ułożone i zanurzone w aromatycznej zalewie. Widać w niej smakowite dodatki: kawałki żurawiny, drobinki kolendry i przyprawy, które od razu sugerują, że smak będzie ciekawszy niż standardowy. Zapach jest świeży, lekko cytrusowy, z delikatną nutą ziół. Już na tym etapie wiadomo, że to coś innego.

Redakcja MojeGotowanie.pl

Pierwszy kęs tylko to potwierdza. Śledź jest miękki, ale sprężysty, nie rozpada się i nie jest przesolony. To ogromny plus, bo często właśnie nadmiar soli psuje przyjemność jedzenia. Tutaj smak jest dobrze wyważony. Żurawina daje lekką słodycz, która przełamuje rybny charakter, kolendra wnosi świeżość, a liście limonki dodają subtelnej, cytrusowej nuty. Całość jest lekka, przyjemna i naprawdę wciągająca.

Dużym plusem jest wygoda. Nie trzeba nic moczyć, kroić ani doprawiać. Wszystko jest gotowe od razu po otwarciu. 

Dlatego właśnie tak często po niego wracam. Bo wiem, że niezależnie od sytuacji ten śledź „zrobi robotę”. Zwłaszcza że kosztuje tylko 6,65 zł, więc spokojnie można pozwolić sobie na częstsze zakupy i mieć go zawsze pod ręką. A kiedy coś smakuje tak dobrze i pasuje do tylu dań, trudno się temu oprzeć.

Do czego pasuje ten śledź?

Najczęściej jem go w najprostszej formie, czyli z pieczywem. Świeża kromka chleba, odrobina masła i kawałek śledzia wystarczą, żeby zrobić sycącą kolację. To jedno z tych rozwiązań, które nie wymagają wysiłku, a dają naprawdę dobry efekt. Idealne na dni, kiedy nie chce się gotować, ale nadal chce się zjeść coś konkretnego.

Bardzo często wykorzystuję go też do sałatek. Wystarczy kilka kawałków śledzia, trochę sałaty, ogórek, cebulka i prosty sos i gotowe. Taka sałatka jest lekka, ale jednocześnie sycąca. Dzięki tej żurawinowej nucie nie jest nudna i spokojnie może zastąpić obiad albo kolację.

Świetnie sprawdza się również przy wizytach gości. Układam go na półmisku, dodaję trochę cebulki, czasem kilka kaparów albo plasterków cytryny i mam gotową przystawkę. Wygląda elegancko i naprawdę dobrze smakuje, więc często znika jako pierwszy. To dobry pomysł, kiedy przychodzą goście i chcesz podać coś innego niż standardowe przekąski.

Zdarza mi się też wykorzystywać go w bardziej „kreatywny” sposób. Świetnie pasuje do tortilli - wystarczy dodać trochę warzyw i zawinąć. Dobrze sprawdza się też w kanapkach z jajkiem albo twarożkiem, gdzie jego smak fajnie przełamuje łagodniejsze składniki. Kilka razy dorzuciłam go nawet do ziemniaków na ciepło i to też było bardzo udane połączenie.