Takiego początku sezonu wielu miłośników grzybobrania nie pamięta od lat. Po serii intensywnych opadów i ciepłych dniach lasy w różnych częściach Polski zaczęły dosłownie tętnić grzybowym życiem. Nie bez powodu pojawiają się żartobliwe komentarze, że grzybów jest tyle, że można je „kosić kosą”. To oczywiście tylko metafora, ale w niektórych miejscach naprawdę można odnieść wrażenie, że kapelusz wyrasta tuż obok kolejnego kapelusza.

Deszcz i ciepło stworzyły idealne warunki dla grzybów

Tegoroczny lipcowy wysyp nie jest dziełem przypadku. O jego skali zdecydowało połączenie dwóch czynników, na które od dawna czekali grzybiarze: obfitych opadów oraz wysokiej temperatury utrzymującej się zarówno w dzień, jak i w nocy. To właśnie takie warunki sprzyjają rozwojowi grzybni ukrytej pod powierzchnią ziemi. Gdy ściółka jest odpowiednio wilgotna, owocniki mogą pojawić się w ciągu zaledwie kilku dni.

To tłumaczy, dlaczego jeszcze niedawno wiele osób wracało z lasu z pustymi koszami, a dziś w mediach społecznościowych niemal codziennie pojawiają się zdjęcia imponujących zbiorów. Eksperci podkreślają jednocześnie, że jeśli wilgoć utrzyma się również w kolejnych tygodniach i nie nadejdą długotrwałe upały, sezon może dopiero nabierać rozpędu.

Grzybowe eldorado. W tych regionach kosze szybko się zapełniają

Doniesienia o udanych zbiorach napływają z wielu części kraju. W województwie kujawsko-pomorskim grzybiarze chwalą się borowikami znalezionymi w okolicach Zbiczna i Brodnicy, a także w Borach Tucholskich. Pojawiają się również kanie, koźlarze oraz coraz więcej kurek. Dobre informacje płyną także z okolic Świecia, Grudziądza, Dobrcza czy Bydgoszczy, gdzie pierwsze okazy znajdowano nawet podczas zwykłych spacerów po miejskich laskach.

Na Śląsku sezon również wyraźnie przyspieszył. Pełniejsze kosze wracają z okolic Częstochowy, Siewierza, Katowic, Gliwic, Rybnika, Rudy Śląskiej, Kłobucka oraz z lasów Beskidów. Najczęściej zbierane są kurki, koźlarze, maślaki i pierwsze borowiki, choć grzybiarze podkreślają, że sytuacja zmienia się niemal z dnia na dzień.

Dlaczego jedni wracają z pełnymi koszami, a inni nie znajdują nic?

Choć w wielu miejscach można już mówić o prawdziwym grzybowym eldorado, wysyp nadal ma miejscowy charakter. Zdarza się, że w jednym fragmencie lasu kosz zapełnia się błyskawicznie, a kilka kilometrów dalej trudno znaleźć choćby jednego dorodnego grzyba.

Osoby od lat związane z grzybobraniem zwracają uwagę, że warto uczyć się obserwować las. Znaczenie mają nie tylko opady i temperatura, ale również rodzaj drzewostanu. Borowiki najczęściej spotyka się pod sosnami, świerkami, dębami czy bukami, koźlarze chętnie rosną w pobliżu brzóz i osik, natomiast maślaki szczególnie upodobały sobie młode lasy sosnowe.

Doświadczeni grzybiarze podpowiadają również, że nie zawsze warto podążać utartymi ścieżkami. Często najlepsze okazy czekają z dala od głównych leśnych dróg i parkingów, w mniej uczęszczanych fragmentach lasu.

Poza grzybami liczy się także szacunek do lasu

Mimo ogromnego entuzjazmu związanego z początkiem sezonu, doświadczeni miłośnicy grzybobrania przypominają o odpowiedzialnym zachowaniu. Do koszyka powinny trafiać wyłącznie gatunki, które potrafimy bezbłędnie rozpoznać. Warto również pamiętać, że nie każdy znaleziony grzyb trzeba zabierać z lasu. Pozostawione owocniki nadal rozsiewają zarodniki i stanowią ważny element leśnego ekosystemu.

Specjaliści zwracają też uwagę, że wiele popularnych grzybiarskich przekonań nie znajduje potwierdzenia w nauce. O powodzeniu grzybobrania nie decyduje wcale pełnia księżyca ani godzina wyjścia do lasu. Znacznie większe znaczenie mają wilgotność ściółki, odpowiednia temperatura oraz cierpliwość w poszukiwaniu właściwych miejsc.

Źródła: starachowice.eska.pl, dziennikzachodni.pl, expressbydgoski.pl