Koźlarz pomarańczowożółty jest grzybem jadalnym, który szczególnie cenię za zwarty miąższ i wyrazisty, leśny smak. Nie udaje borowika, nie wygląda jak jego skromniejszy kuzyn i nie rozpada się w garnku przy pierwszym mieszaniu. Właśnie dlatego w moim koszyku często wygrywa z bardziej znanymi gatunkami. Młode sztuki świetnie nadają się do marynowania, a większe robią porządną robotę w sosie, farszu i duszonych potrawach.

Koźlarz pomarańczowożółty, niemal jak czerwony

Koźlarz pomarańczowożółty, czyli Leccinum versipelle z wyglądu przypomina koźlarza czerwonego. Różnice są naprawdę subtelne. Przede wszystkim zauważysz je przy kapeluszu. Odcienie żółtopomarańczowe, pomarańczowobrązowe lub ceglaste należą do koźlarza pomarańczowożółtego. Czerwony koźlarz ma bardziej ceglastoczerwony kapelusz.

Od spodu natomiast koźlarz pomarańczowożółty nie ma blaszek, lecz ma rurki, które są jasne, szarawe lub szarożółte. Trzon jest jasny, zwykle mocny i pokryty drobnymi, ciemnymi, szorstkimi łuseczkami. Po przecięciu biały miąższ szybko zmienia barwę na szarofioletową, która z czasem ciemnieje. Nie wyrzucam go jednak z tego powodu, u tego gatunku to naturalne.

Adobe Stock, adam88xx

W tym miejscu masz szansę go znaleźć

Tu sprawa jest niemal tak prosta jak dobra rada od starego grzybiarza: szukam brzóz. Koźlarz pomarańczowożółty żyje z nimi w ścisłym związku, dlatego najczęściej trafiam na niego w brzozinach, lasach mieszanych z udziałem brzóz, na skrajach lasów i w widnych zagajnikach. Dobrze wypadają też miejsca z mchami, wrzosowiska oraz lekkie, piaszczyste podłoże.

W Polsce jest gatunkiem pospolitym. Zwykle pojawia się od lata do jesieni, szczególnie po deszczu i kilku cieplejszych dniach. Gdy znajdę jednego przy młodych brzozach, obchodzę okolicę spokojnie i szerokim łukiem. Te grzyby potrafią rosnąć pojedynczo, ale ich sąsiedzi często kryją się kilka kroków dalej.

Koźlarz w sosie i słoikach

Koźlarz pomarańczowożółty wymaga porządnej obróbki cieplnej. Nie jadam go na surowo ani tylko lekko podsmażonego. Pokrojone grzyby smażę lub gotuję przez co najmniej 15-20 minut, aż będą całkowicie miękkie. Ciemny kolor po obróbce nie powinien nikogo dziwić, ten koźlarz wyraźnie czernieje, ale smak zostaje konkretny i przyjemnie leśny. Na sos podsmażam go z cebulą na maśle, dodaję odrobinę wody lub bulionu, duszę do miękkości, a na końcu łączę ze śmietaną. Pasuje do ziemniaków, klusek śląskich, pieczeni i zwykłej kromki chleba.

Do marynowania przeznaczam same małe kapelusze albo niewielkie, całe owocniki. Najpierw dokładnie je oczyszczam i gotuję, a potem wkładam do wyparzonych słoików z gorącą zalewą octową. Nie przesadzam z przyprawami, bo koźlarz nie potrzebuje wyszukanych dodatków. Wystarczą liść laurowy, ziele angielskie, pieprz i odrobina cebuli.

Większe kapelusze przeznaczam na sosy, a twardsze trzony kroję cieniej lub suszę. To właśnie za tę kuchenną wszechstronność cenię go tak bardzo.

Porady zawarte w powyższym artykule to jedynie sugestia i nie zastępują profesjonalnej oceny. Jeśli nie jesteś w pełni pewny/pewna, że zebrane grzyby są jadalne, lepiej zrezygnuj z ich spożycia. Pamiętaj, że w razie wątpliwości należy skonsultować się z doświadczonym grzyboznawcą - w stacjach sanitarno-epidemiologicznych pełnią dyżury specjaliści, którzy bezpłatnie ocenią, czy dany grzyb jest jadalny.