Mój teść (ja nazywam go Tatą Jarkiem) od lat uchodzi w rodzinie za mistrza pieczonego łososia. W ostatni Poniedziałek Wielkanocny znowu to udowodnił: mięso było soczyste, delikatne i idealnie doprawione. W końcu zaprosił mnie do kuchni i tam zdradził mi swoją metodę. Nie chodzi o skomplikowane marynaty ani sprzęt, tylko o prostą zasadę i kilka detali, które robią różnicę. I nie trzeba zapamiętywać do tego różnych gatunków ryb - oraz temperatury dla każdego z osobna. To znacznie prostsze zasady pieczenia dla wszystkich ryb. Mój teść lubi upraszczać sobie życie również w tej dziedzinie.
Temperatura i czas pieczenia ryb: 2 złote reguły
Jeśli chcesz, żeby ryba wyszła dobrze, zacznij od dwóch rzeczy: temperatury piekarnika i czasu. Najczęściej sprawdza się zakres 180-200 st. C. W tej temperaturze ryba piecze się równomiernie i nie wysycha. Jeśli ustawisz za wysoką temperaturę, wierzch się przypiecze, a środek będzie suchy.
Im tłustsza ryba, tym wyższą temperaturę zniesie bez uszczerbku na smaku i konsystencji. Do tej kategorii zaliczamy np. łososia, makrelę, karpia czy halibuta). To nadrzędna zasada nr 1. Chude (np. morszczuk, dorsz, sola, flądra czy miruna) zwykle wymagają niższej - a ta oznacza łagodniejsze traktowanie. Średniotłuste, takie jak pstrąg tęczowy, lepiej dla bezpieczeństwa piec w niższej temperaturze.
Czas pieczenia zależy głównie od grubości filetu lub całej ryby. Cienkie kawałki potrzebują kilku minut, grubsze zdecydowanie więcej. Tata Jarek poradził mi, by patrzeć nie tylko na wagę. Liczy się też to, jak gruba jest ryba w najgrubszym miejscu.
Zasada 2/10, którą warto zapamiętać
To właśnie ten trik od teścia, który poradził mi przyczepić na lodówkę obok zdjęć dzieci i innych przepisów. Zasada jest banalna: na każde 2 cm grubości ryby przypada około 10 minut pieczenia. Masz gruby filet o grubości 4 cm? Pieczesz około 20 minut. Cienki kawałek o grubości 2 cm? Przeważnie wystarczy 10 minut, ale warto sprawdzić to w międzyczasie. To sprawia, że nie musisz zgadywać i wróżyć z fusów. Wystarczy spojrzeć na kawałek lub ewentualnie przyłożyć linijkę (mój teść jest fanem podchodzenia do spraw technicznych, również w kuchni, z takim sprzętem - nigdy nic na tzw. oko) i już wiesz, ile czasu potrzebuje.
Dobrze też pamiętać o jednej rzeczy: ryba „dochodzi” jeszcze przez kilka minut po wyjęciu z piekarnika. Jeśli pod koniec przewidzianego czasu lekko się rozpada i jest jeszcze minimalnie szklista w środku, to znak, że jest gotowa. Aby nie przywierała podczas pieczenia, Tata Jarek dodatkowo zawsze smaruje naczynie żaroodporne odrobiną tłuszczu. Dzięki temu jest mniej mycia i czyszczenia po jedzeniu.
Oprócz notki o proporcji grubości do czasu pieczenia ryb na moją lodówkę trafiła niedawno ściąga od Taty na temat pieczenia mięs. Te zasady również warto znać i wcielić w życie. Zobacz poniżej artykuł.

















