W Turcji trudno ich nie zauważyć. Leżą na straganach w idealnych rzędach, jedna przy drugiej, jakby ktoś je odmierzał linijką. Ich karbowana powierzchnia błyszczy od syropu, a sprzedawcy pakują je do foliowych pudełek tak szybko, że nie sposób nadążyć wzrokiem. Tulumba to jeden z tych deserów, który ma status kultowego, jak u nas pączki, ale bez lukru, konfitury i drożdży. Są proste, ale dają wszystko, czego można chcieć od słodkości: ciekawą konsystencję, idealny smak, przyjemny kontrast i natychmiastową satysfakcję.
Co to właściwie jest tulumba?
Tulumba to jeden z najbardziej rozpoznawalnych tureckich deserów. Są to niewielkie smażone ciasteczka z ciasta parzonego, podobnego do tego, z którego robi się ptysie. Różnica polega na tym, że zamiast pieczenia, ciasto ląduje w głębokim tłuszczu. Wcześniej przeciska się je przez worek cukierniczy z karbowaną końcówką, dlatego mają charakterystyczny rowkowany kształt.
Po usmażeniu od razu trafiają do bardzo słodkiego syropu cukrowego z dodatkiem cytryny. Tam nasiąkają, aż uzyskają charakterystyczną miękko-chrupiącą konsystencję. W środku są jak wnętrze pączka, tylko że bardziej wilgotne. Zwykle nie mają nadzienia, ale go nie potrzebują, bo cały smak tkwi w połączeniu słodkiego syropu i smażonego ciasta.
Tulumba popularna jest nie tylko w Turcji. Spotkasz ją też na Bałkanach, w Grecji, w krajach arabskich, a nawet w Armenii czy Iranie. Wszędzie jednak trzyma się tego samego schematu: smażenie + syrop = czysta przyjemność.
Jak podaje się tureckie minipączki?
W Turcji tulumba to klasyczny street food – sprzedawany w foliowych woreczkach lub plastikowych pojemnikach, często jeszcze ciepły, prosto z patelni. Ale serwuje się go też w domach przy okazji świąt, kolacji ramadanowych, wesel i większych spotkań rodzinnych. To taki deser „na gości”, łatwy do przygotowania w większej ilości.
U nas takiej pączuszki mogłyby spokojnie zastąpić klasyczne słodkości na tłusty czwartek albo stać się nowym karnawałowym przebojem. Można je obsypać posiekanymi pistacjami, wiórkami kokosowymi, zmielonymi migdałami albo kardamonem i cynamonem dla lekkiego orientalnego akcentu. Dobrze sprawdza się też skórka z pomarańczy, bo dodaje świeżości i przełamuje słodycz.
Co ciekawe, minipączki tulumba można też nadziać po usmażeniu. Wystarczy ostrożnie przeciąć je wzdłuż i wypełnić ulubionym kremem, na przykład bitą śmietaną.
Fot. Getty/iStock, Tamer Soliman
Inne niezwykłe słodkości karnawałowe ze świata
Tulumba to tylko jeden z wielu deserów, które podbijają karnawałowe stoły w różnych zakątkach świata. Smażone, chrupiące, pachnące cukrem i przyprawami – w każdej kulturze znajdziesz coś, co z powodzeniem mogłoby zagościć także na polskim stole. Oto kilka przykładów:
- chiacchiere (Włochy) – cienkie, kruche paski ciasta smażone na głębokim tłuszczu i oprószone cukrem pudrem. Podobne do naszych faworków.
- churros (Hiszpania i Ameryka Południowa) – podłużne paluszki z ciasta parzonego, smażone na złoto i podawane z gorącą czekoladą do maczania.
- bolinho de chuva (Brazylia) – małe, lekkie kuleczki przypominające pączki, obtaczane po usmażeniu w mieszance cukru i cynamonu.
- bugnes (Francja) – puszyste ciasteczka drożdżowe z Lyonu, smażone i posypywane cukrem pudrem, o delikatnie maślanym smaku.
- loukoumades (Grecja) – kulki z ciasta drożdżowego, smażone i natychmiast zanurzane w miodowym syropie, często posypane siekanymi orzechami.
Każdy z tych deserów ma swój własny rytuał podania, smak i historię. Łączy je jedno: powstają w czasie świętowania i sprawiają, że karnawał smakuje jeszcze lepiej.

















