W mojej Biedronce półka z niecodziennymi produktami stoi na samym wejściu i nie da się przejść obok niej obojętnie. Dlatego nie byłam w stanie oprzeć się tym buteleczkom. Niby nie rzucają się w oczy krzykliwą etykietą i obiecującymi sloganami, a jednak wystarczy jeden łyk, żeby zrozumieć, dlaczego ktoś może się na nie „zafiksować”. Ten cytrynowo-imbirowy nietypowy wariant to przykład napoju, który nie próbuje być wszystkim naraz. Nie jest przesadnie słodki, nie pali w gardle i nie udaje lemoniady. Ma swój charakter i drobny detal, który robi całą robotę. To ciekawostka, która potrafi zaskoczyć nawet osoby, które zawsze próbują nowości.

Co tak naprawdę czuć po pierwszym łyku?

Gdy odkręcasz butelkę, nie uderza cię intensywny zapach. To nie jest ten typ napoju, który pachnie z daleka jak cukiernia. Cytryna jest wyczuwalna, ale spokojna, bez agresywnej kwaśności. Dzięki temu już na starcie masz wrażenie lekkości i orzeźwienia.

Imbir pojawia się dopiero po chwili. I to jest jeden z najmocniejszych punktów tego napoju. Nie pali, nie drapie w gardle, nie dominuje. Raczej delikatnie podkręca smak, zostaje gdzieś w tle i sprawia, że całość nie jest płaska. Jeśli boisz się imbiru, bo kojarzy ci się z ostrą herbatą albo syropem, tutaj nie ma się czego obawiać. To tylko subtelna nuta, nie główny aktor.

Słodycz jest umiarkowana. Napój nie klei się w ustach, nie zostawia uczucia, że trzeba natychmiast popić wodą. To ważne, bo wiele gotowych napojów polega właśnie na przesadnej słodyczy. Tutaj balans jest wyraźnie przemyślany. Dzięki temu nie masz dość po trzech łykach. Dobrze smakuje schłodzony, ale nawet w temperaturze pokojowej nie traci charakteru.

Sekret, który robi całą robotę

Największe zaskoczenie czeka dopiero w trakcie picia. W środku są kawałeczki żelowego aloesu. Nie zmielone, nie rozpuszczone, tylko wyraźnie wyczuwalne. Mają formę małych, półprzezroczystych kostek lub pasków, które zaskakują na języku.

Ich konsystencja jest specyficzna, ale przyjemna. To coś w formie żelki. Nie stawiają oporu przy gryzieniu, raczej lekko „uciekają” pod zębami. Dzięki temu picie przestaje być jedynie piciem. Nagle zaczynasz żuć napój, co automatycznie przyciąga uwagę.

I tu pojawia się skojarzenie, które nasuwa się samo: bubble tea. Oczywiście bez kulek tapioki i bez mlecznej bazy, ale mechanizm jest podobny. Masz płyn i element do żucia, który zmienia odbiór całości. To sprawia, że napój nie nudzi się po kilku łykach i daje poczucie, że pijesz coś „innego”.

Ważne jest też to, że kawałki aloesu nie mają intensywnego smaku. One przejmują aromat napoju, w którym pływają. Dzięki temu nie gryzą się z cytryną ani imbirem. 

Dla wielu osób to właśnie te kawałki są powodem, dla którego wrzucają kolejne butelki do koszyka. Bez nich byłby to po prostu poprawny napój cytrynowo-imbirowy. Z nimi staje się czymś, o czym od razu chcesz opowiedzieć komuś innemu.

Fot. Redakcja MojeGotowanie.pl

Gdzie kupić ten niezwykły sok cytrynowy?

Patrząc na etykietę, łatwo zauważyć, że to nie jest typowy europejski produkt. Marka OKF pochodzi z Korei i od lat specjalizuje się głównie w napojach z aloesem. W wielu krajach są one czymś zupełnie normalnym, u nas wciąż traktowane są jako ciekawostka.

Koreańskie napoje często stawiają na konsystencję i doświadczenie, a nie tylko na smak. Tutaj masz tego świetny przykład. Sam fakt, że coś pływa w butelce, dla wielu osób jest egzotyczny. A tam to codzienność.

Największym zaskoczeniem jest to, że ten napój kupisz w Biedronce. Nie w sklepie azjatyckim, nie w delikatesach, tylko w dyskoncie, do którego większość z nas zagląda kilka razy w tygodniu. Stoi zazwyczaj wśród promowanych sezonowych produktów.

Cena to około 10 zł za 500 ml. Na pierwszy rzut oka może się wydawać spora, zwłaszcza jeśli porównasz ją z klasycznymi lemoniadami. Ale tutaj płacisz nie tylko za napój. Płacisz za pomysł, za kawałki aloesu, za coś, co nie jest kolejną wariacją na temat słodkiej wody.