Uwielbiam jeść te owoce na świeżo. Są soczyste, słodkie i idealne na szybką przekąskę. W sezonie potrafię kupować je przy każdej wizycie w sklepie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy sezon się kończy. A kończy się szybciej, niż bym chciała, bo zwykle już na przełomie lutego i marca. Nagle półki, które zimą są nimi wypełnione, zaczynają świecić pustkami. A jeśli gdzieś jeszcze się pojawią, to często są już zupełnie inne niż te, które pamiętam z zimy. Suche, mało soczyste, a smak… po prostu nijaki.
Ten widok w Lidlu mnie zaskoczył
Nie spodziewałam się, że rozwiązanie znajdę zupełnie przypadkiem, podczas zwykłych zakupów. Stałam przy półce z bakaliami i nagle zobaczyłam coś, co od razu przyciągnęło moją uwagę. Suszone klementynki. Serio, musiałam spojrzeć dwa razy, żeby się upewnić.
Moja reakcja była natychmiastowa, uśmiech i szybkie wrzucenie do koszyka. Dzieci, które były ze mną, od razu zareagowały jeszcze bardziej entuzjastycznie. Dosłownie podskoczyły na ich widok i zaczęły dopytywać, czy możemy je otworzyć od razu po wyjściu ze sklepu.
Redakcja MojeGotowanie.pl
Zanim jednak to zrobiłam, sprawdziłam skład. I tu kolejne zaskoczenie. W środku są tylko klementynki suszone w kawałkach. Bez dodatku cukru, bez konserwantów, bez żadnych ulepszaczy. To naprawdę rzadkość, bo większość suszonych owoców na rynku ma coś „dodane”, żeby poprawić smak czy wygląd. Kosztuję ok. 12 zł za paczkę 80 gramów.
Smak, inny niż wszystkie
Przy pierwszym spróbowaniu byłam naprawdę ciekawa, czego się spodziewać. I powiem szczerze, to nie jest smak, który da się łatwo porównać do innych suszonych owoców.
Przede wszystkim są lekko kwaśne. Nie dominują słodyczą, jak rodzynki czy suszone morele. Mają taki przyjemny, cytrusowy charakter, który sprawia, że od razu masz ochotę sięgnąć po kolejny kawałek. To jest ten smak, który odświeża, a nie zamula.
Druga rzecz to konsystencja. Nie są chrupiące jak chipsy owocowe, które czasem można spotkać. Nie są też twarde ani przesuszone. Mają miękką, lekko żelkowatą strukturę. Trochę jak naturalne żelki, tylko bez tej sztucznej otoczki smakowej.
I właśnie to najbardziej podoba się moim dzieciom. Dla nich to trochę taka „lepsza wersja” słodyczy. Coś, co można jeść z przyjemnością, a jednocześnie ma zupełnie inny charakter niż typowe przekąski.
Jeśli porównasz je do klasycznych suszonych owoców, różnica jest ogromna. Rodzynki są bardzo słodkie i często klejące. Morele bywają ciężkie i intensywne. Śliwki mają swój specyficzny, głęboki smak. A suszone klementynki są lekkie, świeże i mają tę przyjemną kwasowość, która robi całą robotę.
Redakcja MojeGotowanie.pl
Jak jem suszone klementynki na co dzień
Najczęściej sięgam po nie w najprostszej formie, czyli po prostu jako przekąskę. Mam je w szafce i kiedy mam ochotę na coś małego, ale konkretnego, to sięgam właśnie po nie. Sprawdzają się świetnie w ciągu dnia, kiedy nie mam czasu na przygotowywanie czegokolwiek.
Ale szybko zaczęłam je też wykorzystywać w kuchni. Najbardziej lubię dodawać je do śniadań. Owsianka z ich dodatkiem smakuje zupełnie inaczej, jest bardziej wyrazista, ciekawsza. Nie potrzebujesz już tylu innych dodatków, bo one same robią efekt.
Często wrzucam je też do jogurtu naturalnego razem z orzechami. To bardzo prosty zestaw, ale naprawdę dobrze się sprawdza. Jeśli mam więcej czasu, dodaję je do domowej granoli albo mieszam z innymi bakaliami.
Zdarza mi się też używać ich w wypiekach. Zamiast rodzynek wrzucam właśnie suszone klementynki i efekt jest dużo ciekawszy. Ciasto ma wtedy lekko cytrusowy akcent, który fajnie przełamuje słodycz.

















