Pamiętam, jak pierwszy raz spróbowałam dania z jej dodatkiem w małej knajpce w Prowansji. Zamówiłam zwykły gulasz, a dostałam coś, co pachniało jak letni ogród. Smak był delikatnie ziołowy, lekko słodki, zupełnie inny niż wszystko, co znałam z polskiej kuchni. Dopiero później dowiedziałam się, że kucharz dodał do mięsa nie tylko tymianek i rozmaryn, ale też suszone fioletowe kwiaty. Od tamtej pory testuję je w swojej kuchni i widzę, jak bardzo są niedoceniane.
Fioletowe kwiaty, które możesz wrzucić do garnka
Lawenda to roślina z rodziny jasnotowatych, czyli tej samej, do której należy mięta, bazylia czy oregano. Najczęściej spotykasz ją jako ozdobny krzew z drobnymi, fioletowymi kwiatami i srebrzystymi listkami. W kuchni wykorzystuje się przede wszystkim kwiaty, świeże albo suszone. Rzadziej używa się młodych listków, które mają bardziej ziołowy, lekko kamforowy aromat.
Jeśli chcesz gotować z lawendą, zwróć uwagę na odmianę. Najlepsza jest lawenda wąskolistna, nazywana też lekarską. To ta sama, którą znajdziesz w mieszankach ziół prowansalskich. Ma delikatniejszy aromat i mniej goryczki niż inne odmiany ozdobne.
Lawenda jest bardzo intensywna. Tu naprawdę działa zasada „mniej znaczy więcej”. Szczypta wystarczy, by danie zyskało charakter. Gdy przesadzisz, potrawa zacznie smakować jak mydło.
Smak, który zaskakuje już przy pierwszym kęsie
Smak lawendy jest trudny do porównania z jedną przyprawą. To połączenie nut kwiatowych, lekko słodkich i ziołowych. Wyczujesz w niej coś podobnego do rozmarynu, ale delikatniejszego. Ma też subtelną goryczkę. Kiedy pierwszy raz wsypałam ją do sosu do pieczonej wieprzowiny, byłam ostrożna. Dodałam dosłownie pół łyżeczki suszu. W trakcie duszenia aromat się rozwinął i połączył z czosnkiem. Lawenda dobrze łączy się z tłuszczem. W oliwie, maśle czy śmietance jej aromat łagodnieje i staje się bardziej kremowy. W daniach mięsnych potrafi przełamać ciężkość i wprowadzić lekkość, zwłaszcza w potrawach długo duszonych.
W wersji wytrawnej najlepiej komponuje się z czosnkiem, cytryną, miodem, pieprzem. W słodkiej odsłonie pasuje do wanilii, czekolady i owoców jagodowych.
Adobe Stock, kaprizka
Gdzie naprawdę robi różnicę w kuchni
Jeśli nie wiesz, od czego zacząć, wypróbuj te pomysły:
- dodaj szczyptę do gulaszu wołowego lub jagnięcego pod koniec duszenia
- wymieszaj ją z solą i natrzyj nią kurczaka przed pieczeniem
- wsyp odrobinę do marynaty z oliwy, czosnku i cytryny do grillowanych warzyw
- połącz ją z rozmarynem i tymiankiem do pieczonych ziemniaków
- wymieszaj z miodem i posmaruj nim pieczone żeberka
- wsyp odrobinę do farszu do pasztetu
W kuchni francuskiej lawenda jest częścią klasycznej mieszanki ziół prowansalskich. To właśnie tam trafia do mięs, sosów i zapiekanek. Możesz potraktować ją jak zamiennik tymianku, gdy chcesz uzyskać bardziej kwiatowy aromat. Ja często dodaję ją do duszonej wołowiny razem z liściem laurowym i zielem angielskim. Dzięki temu tradycyjny przepis zyskuje nowy wymiar.
Czym różni się od znanych ziół
Najczęściej porównuje się ją do rozmarynu i tymianku. I rzeczywiście, mają wspólną, śródziemnomorską nutę. Rozmaryn jest jednak bardziej żywiczny i ostry. Tymianek bywa ziemisty i lekko pikantny. Lawenda wnosi coś lżejszego, bardziej kwiatowego. Jeśli zastąpisz rozmaryn lawendą w pieczonym mięsie, danie będzie mniej intensywne, ale bardziej aromatyczne.
W porównaniu z oregano lawenda jest mniej pikantna i mniej gorzka. Z kolei w zestawieniu z bazylią wypada bardziej wytrawnie i sucho. Możesz też łączyć ją z innymi ziołami. Świetnie współgra z majerankiem, szczególnie w daniach z drobiu. W duecie z czosnkiem i cytryną tworzy kompozycję idealną do ryb.
Od Prowansji po Maroko, czyli jak używają jej inni
Najbardziej znana jest oczywiście w Prowansji. Tam dodaje się ją do mięs, sosów, pieczonych warzyw i mieszanek przypraw. Francuzi traktują ją jak naturalny element swojej kuchni. W Hiszpanii i we Włoszech rzadziej występuje solo, częściej jako składnik mieszanek ziołowych. W Maroku bywa dodatkiem do dań z jagnięciny i kuskusu. W Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych popularna jest raczej w deserach.
W Polsce dopiero zaczyna się jej kulinarna historia. Najczęściej trafia do syropów, lemoniad i ciast. Rzadko kto dodaje ją do gulaszu czy pieczonego mięsa. A szkoda, bo wystarczy odrobina odwagi, by odkryć zupełnie nowy smak dobrze znanych potraw.
















