Dzisiaj mandarynki leżą w marketach całymi skrzynkami. Można je kupić niemal przez cały rok, wrzucić do koszyka między mlekiem, a chlebem i nawet nie zastanowić się nad ich wyjątkowością. Ja jednak zawsze patrzę na nie z sentymentem. Chociaż sama nie żyłam w PRL-u, moja mama opowiadała mi tyle historii o tamtych świętach, że czasami mam wrażenie, jakbym doskonale pamiętała zapach mandarynek wyczekiwanych przez całe miesiące.
Mama mówiła, że kiedyś te niepozorne cytrusy były czymś znacznie więcej niż zwykłymi owocami. Stanowiły mały luksus, świąteczną niespodziankę i zapowiedź Bożego Narodzenia. Dzisiaj kupuję je bez kolejek i kartek, ale kiedy obieram pierwszą mandarynkę w listopadzie, zawsze wracam myślami do jej opowieści.
W PRL-u na mandarynki czekało się jak na świąteczny prezent
Trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie sklep, w którym nie ma bananów, pomarańczy ani mandarynek. Tymczasem w czasach PRL-u egzotyczne owoce były towarem trudno dostępnym, a ich pojawienie się przed Bożym Narodzeniem potrafiło wywołać ogromne poruszenie.
Mama opowiadała mi, że kiedy rozchodziła się wiadomość o dostawie cytrusów, ludzie ustawiali się w kolejkach. Nie zawsze było wiadomo, czy dla wszystkich wystarczy. Czasem trzeba było długo czekać, żeby wrócić do domu z kilkoma upragnionymi owocami.
Szczególnie mocno zapamiętałam jej opowieści o tym, jak bardzo cieszyła się z mandarynek znalezionych w świątecznej paczce. Nie było mowy o bezmyślnym zjadaniu całej siatki podczas oglądania telewizji. Każda sztuka była małym wydarzeniem. I właśnie dlatego dzisiaj trudno mi przejść obok mandarynek zupełnie obojętnie.
Statki z cytrusami były zwiastunem Bożego Narodzenia
Jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów tamtej epoki były przedświąteczne dostawy cytrusów. Wspomnienia o statkach przywożących pomarańcze i mandarynki, między innymi z Kuby, do dziś powracają w opowieściach o świętach w PRL-u.
Dla wielu rodzin egzotyczne owoce były czymś, co pojawiało się na stole tylko od wielkiego dzwonu. Ich zapach nie kojarzył się więc ze zwykłymi zakupami, ale z choinką, prezentami i rodzinnym spotkaniem.
Mama mówiła, że nawet kilka mandarynek potrafiło sprawić ogromną radość. Dzielono się nimi, częstowano bliskich i starano się, żeby każdy dostał swoją porcję. Oczywiście nie wszystkie wspomnienia z tamtych czasów są równie ciepłe. Kolejki, puste półki i ciągłe braki towarów były codziennością, za którą trudno tęsknić. Ale smak i zapach świątecznych mandarynek pozostały dla wielu osób jednym z najprzyjemniejszych wspomnień dzieciństwa.
Dziś mandarynki są wszędzie, ale nie wszystkie smakują tak samo
Współczesne markety oferują ogromny wybór cytrusów. Mandarynki, klementynki i inne podobne owoce kuszą intensywnym kolorem, a przed świętami często pojawiają się w dużych opakowaniach i promocyjnych cenach.
Nie kupuję jednak pierwszych lepszych. Lubię wybierać owoce jędrne, bez uszkodzeń i śladów pleśni. Zwracam też uwagę na zapach skórki, bo najbardziej cieszą mnie te, które już podczas obierania uwalniają intensywny cytrusowy aromat.
Najlepsze są dla mnie mandarynki soczyste, słodkie, ale z delikatnie kwaskową nutą. Takie, po których natychmiast ma się ochotę sięgnąć po następną. I choć dzisiaj nie trzeba już na nie czekać do grudnia, sama najchętniej kupuję je późną jesienią i zimą.
Adobe Stock, P.Ch. Fotografia
Nie tylko do jedzenia. Z mandarynek robię zimowe przysmaki
Najczęściej oczywiście zjadam je prosto ze skórki. Wystarczy postawić miskę na stole, a po chwili zostaje z niej tylko charakterystyczny zapach. Ale kiedy trafię na wyjątkowo słodkie owoce, lubię wykorzystać je również do deserów. Mandarynki świetnie pasują do serników na zimno, galaretek, ciast jogurtowych i kremów.
Czasami przygotowuję też prosty sos do naleśników. Cząstki mandarynek podgrzewam krótko z masłem, odrobiną cukru i szczyptą cynamonu. Powstaje pachnący dodatek, który smakuje jak grudniowe popołudnie.
Jeśli mam większy zapas, robię również cytrusowy dżem. Dodaję trochę soku z cytryny i wanilię, a potem smaruję nim grzanki albo przekładam domowe ciasto.
Ten zapach zawsze będzie mi się kojarzył ze świętami
Nie tęsknię za czasami PRL-u, bo ich nie przeżyłam. Nie chciałabym też doświadczać sklepowych kolejek i niepewności, czy uda się kupić podstawowe produkty. Ale lubię słuchać opowieści mamy o drobnych przyjemnościach, które wtedy nabierały wyjątkowego znaczenia. Mandarynki są dla mnie właśnie takim symbolem.
Dzisiaj mogę kupić całą siatkę bez najmniejszego problemu. Nie muszę odkładać ich na Wigilię ani dzielić jednej sztuki między domowników. A mimo to, kiedy w listopadzie przynoszę je do domu, układam w misce i zaczynam obierać pierwszą, czuję coś więcej niż zwykłą ochotę na słodki owoc.
Przypominam sobie mamę opowiadającą o dziecięcych świętach, o czekaniu na dostawy i o radości z kilku mandarynek pod choinką. I właśnie dlatego, choć dzisiaj walają się w każdym markecie, ja nadal kupuję je z niemal nabożną czcią.


Obserwuj nas na Google















