Mnóstwo ości, mnóstwo tłuszczu i często mnóstwo paskudnego mulistego posmaku. Tak niestety nierzadko prezentuje się karp na polskich stołach w Wigilię. Pomimo jego oczywistych mankamentów i pomimo dorocznych ciężkich prób i walk o to, by wreszcie przyrządzić go w jakiś znośny i akceptowalny dla wszystkich sposób, większość z nas jakoś wciąż nie może przekonać się do tego, by w końcu z niego zrezygnować.

Dowód? Sprzedaż karpia na święta co prawda z roku na rok maleje, ale w Polsce wciąż hoduje się i poławia blisko 15-20 ton rocznie tej ryby. Zdecydowana większość tej produkcji trafia właśnie na nasze, polskie stoły. A jak było dawniej?

Jakie ryby jedzono na święta przed wojną?

By obalić mit o komunistycznym rodowodzie karpia, nie sposób cofnąć się do czasów przedwojennych. Gdy w Polsce rządziła tak zwana sanacja, obchody Wigilii znacznie różniły się od tych dzisiejszych. Przynajmniej w zakresie kulinariów. Na stołach Polaków co prawda rzeczywiście także rządziły ryby, pośród których zdarzał się także i karp. Ten gatunek ryby jednak nie dominował i bywał wśród nich stosunkowo rzadko. Wieczorem 24 grudnia konsumowano uroczyście po prostu to, co udało się złowić, kupić czy jakkolwiek zorganizować.

Były więc domy, w których podawano do zjedzenia sielawy, sandacze, ale też i szczupaki czy leszcze. Doceniany był także śledź, podobnie zresztą jak i dziś, zwłaszcza w miejscach, które nie były ściśle związane z rybołówstwem, czyli na południu kraju. W bogatszych domach jadano także węgorze, miętusy czy zdecydowanie trudniej dostępne wówczas niż dziś sardynki.

Kto wprowadził karpia na wigilijne stoły?

Przemiany społeczne, które dokonały się w Polsce po nastaniu rządów komunistów w latach 1944-1945 przeorały niemal każdy możliwy aspekt życia naszych rodaków w tamtym czasie. Nie inaczej było z kulinariami. Komunistom nie udało się co prawda z marszu pogrzebać całej katolickiej tradycji Polaków, więc postanowili się szybko do niej jakkolwiek dostroić. Jednym z elementów tej taktyki był... karp.

Hilary Minc, czyli człowiek który z ramienia PZPR zawiadował polską gospodarką w latach 40. i 50., oprócz tego, że pogrzebał polską inicjatywę prywatną i handel, sporo namieszał także w kwestii naszego wigilijnego menu. To właśnie za jego czasów zdecydowano się odgórnie, by zwiększyć znacznie hodowlę karpi i umożliwić każdemu Polakowi uzyskanie dostępu do świeżej ryby na święta. To właśnie przez to wówczas narodziła się także nieco osobliwa tradycja kąpieli karpia w wannie czy w miednicy, która kończyła się w wiadomy, raczej mało elegancki sposób w każdym polskim domu...

Dlaczego karp stał się tak popularny na Wigilię?

Popularność karpia, która trwa do dziś, ma swoje miejsce w tamtej decyzji. Karp stał się tak powszechny i dostępny dla Polaków 24 grudnia każdego roku, że szybko został nieodłącznym elementem kolacji wigilijnej obok kapusty z grochem, barszczu z uszkami czy kutii.

Warto dodać, że właśnie w tym czasie upowszechnił się również zwyczaj jedzenia w ten właśnie dzień sałatki jarzynowej, czyli dzieła technologów żywności okresu PRL, którzy z kolei czerpali pełnymi garściami inspiracji z kuchni... bratniego Związku Radzieckiego, gdzie podobna sałatka nosi nazwę sałatki Olivier.

Źródło: ciekawostkihistoryczne.pl