Babcia już wiele lat temu pokazała mi cichy, spokojny trik, który daje dokładnie ten sam efekt napowietrzenia ciasta na faworki, a często nawet lepszy. Sekret tkwi nie w sile, ale w sprycie.
Dlaczego faworki muszą być „napowietrzone”?
Kruchość faworków bierze się z powietrza zamkniętego w cieście. To ono podczas smażenia rozszerza się i tworzy charakterystyczne pęcherzyki. Tradycyjne wybijanie wałkiem ma wtłoczyć powietrze do masy, ale jednocześnie łatwo wtedy przesuszyć ciasto lub je przepracować. Babcia uważała, że powietrze lepiej zatrzymać warstwami niż uderzeniami.
Składanie zamiast wybijania - na czym polega trik?
Ten sposób jest prosty i bardzo logiczny. Zamiast uderzać w ciasto rozwałkowujesz je na dość cienki placek, składasz na kilka warstw (na pół, na trzy lub „w kopertę”), ponownie rozwałkowujesz, znów składasz. Całość powtarzasz wielokrotnie.
Każde złożenie tworzy w cieście kolejne warstwy, między którymi zostaje powietrze. Przy następnym wałkowaniu warstwy się spłaszczają, ale powietrze zostaje równomiernie rozprowadzone w całej masie. To dokładnie ten sam mechanizm, który odpowiada za lekkość ciasta francuskiego, tylko w wersji faworkowej.
Ile razy składać, żeby nie przesadzić?
Najlepszy efekt daje 4-5 krotne składanie. To w zupełności wystarczy. Ważne, by nie podsypywać ciasta nadmierną ilością mąki. Im mniej dodatkowej mąki, tym faworki będą delikatniejsze. Ciasto ma być elastyczne, miękkie i łatwe do wałkowania. Po ostatnim złożeniu rozwałkowuję ciasto bardzo cienko, niemal do przezroczystości. Dopiero wtedy kroję paski i formuję klasyczne faworki. Już na tym etapie widać, że struktura jest inna - gładka, sprężysta i delikatna.
Efekt po smażeniu robi różnicę
Faworki przygotowane tą metodą są lekkie i kruche, mają mnóstwo pęcherzyków, nie są twarde ani gumowate, łamią się z charakterystycznym trzaskiem. Nie trzeba ich ratować grubą warstwą cukru pudru. Same w sobie smakują jak z dobrej cukierni.
Babcia zawsze powtarzała, że w kuchni nie wygrywa ten, kto się najbardziej zmęczy, tylko ten, kto wie, co i po co robi. Składanie ciasta zamiast wybijania to dowód, że doświadczenie często bije na głowę utarte schematy. Odkąd stosuję ten trik, faworki zawsze wychodzą idealne. Bez hałasu, bez obolałych rąk i bez stresu. Czasem naprawdę wystarczy zmienić jedną technikę, żeby deser wskoczył na zupełnie inny poziom.



















