Kiedy robię zakupy na leczo, cukinia i pomidory oczywiście lądują w koszyku, ale jest jeszcze jeden składnik, którego nigdy nie pomijam. Zamiast zwykłej czerwonej papryki wypatruję jej smuklejszej i zdecydowanie słodszej kuzynki. Ramiro - bo o niej mowa - ma nie tylko romantycznie brzmiącą nazwę. Jest soczysta, chrupiąca i tak słodka, że często połowę zjadam na surowo, zanim zdążę pokroić ją do garnka.
Paprykę Ramiro łatwo rozpoznać w warzywniaku. Jest długa, wąska i wyraźnie smuklejsza od klasycznej papryki czerwonej. Najważniejsza różnica ujawnia się jednak dopiero po przekrojeniu. Ma stosunkowo cienką skórkę, delikatny miąższ i intensywną słodycz. Właśnie dlatego tak dobrze sprawdza się zarówno bez żadnej obróbki, jak i po wrzuceniu na patelnię czy ruszt.
Ramiro chrupię jak marchewkę
Zwykłą paprykę najczęściej kupuję z myślą o konkretnym daniu. Z Ramiro jest inaczej. Czasami wystarczy ją umyć, pokroić w długie paski i postawić na stole.
Jest chrupiąca i soczysta, ale przede wszystkim przyjemnie słodka. Nie potrzebuje sosu ani specjalnych dodatków. Dobrze smakuje sama, choć paski Ramiro można też zanurzać w hummusie, twarożku z ziołami czy gęstym dipie jogurtowym.
Świetnie sprawdza się również w kanapkach. Pokrojona w cienkie paseczki przyjemnie chrupie między kromkami i dobrze komponuje się z serami, wędlinami czy pastami warzywnymi.
Prawdziwą różnicę zauważyłam jednak podczas przygotowywania leczo. Ramiro podczas duszenia staje się miękka i jeszcze bardziej słodka, dzięki czemu świetnie równoważy kwaskowatość pomidorów.
Kroję ją w grubsze paski i wrzucam do garnka razem z cebulą. Dopiero później dodaję cukinię, pomidory oraz pozostałe składniki. Nie duszę papryki przesadnie długo - lubię, kiedy zachowuje odrobinę swojej struktury.
Dzięki naturalnej słodyczy Ramiro leczo nabiera łagodniejszego, pełniejszego smaku. Nie trzeba przy tym specjalnie kombinować z przyprawami. Czosnek, wędzona papryka, pieprz i kilka świeżych ziół w zupełności wystarczą.
Adobe Stock, larysa vozhol
Po upieczeniu robi się jeszcze słodsza
Jeśli mam więcej sztuk papryki Ramiro, kilka sztuk od razu odkładam do pieczenia. Wysoka temperatura wyjątkowo jej służy. Miąższ mięknie, brzegi lekko się przypiekają, a naturalna słodycz staje się jeszcze bardziej wyrazista.
Taką paprykę można podać jako prosty dodatek do obiadu. Ja lubię skropić ją oliwą, dorzucić czosnek i oprószyć solą. Pasuje do pieczonych mięs, ryb i grillowanego sera.
Można też wykorzystać ją do makaronu. Upieczoną Ramiro wystarczy pokroić, połączyć z oliwą, czosnkiem i odrobiną parmezanu. Z kilku prostych składników powstaje sos, który smakuje tak, jakby wymagał znacznie więcej pracy.
Na grillu znika przed kiełbasą
Latem obowiązkowo wrzucam Ramiro na ruszt. Jej podłużny kształt sprawia, że można przeciąć ją wzdłuż i grillować w dużych kawałkach. Nie potrzebuje długiej obróbki. Chodzi przede wszystkim o to, żeby lekko zmiękła i dostała kilka mocniej przypieczonych miejsc. Wtedy słodycz łączy się z charakterystycznym dymnym aromatem grilla.
Tak przygotowaną podaję samą albo kroję i dorzucam do sałatki. Bardzo dobrze smakuje z fetą, mozzarellą, oliwkami i świeżymi pomidorami. To również świetny dodatek do grillowanych kanapek.
Cienka skórka robi różnicę
Jedną z rzeczy, za które szczególnie lubię Ramiro, jest jej delikatność. Klasyczna papryka po upieczeniu często wymaga obierania, zwłaszcza jeśli przygotowujemy z niej kremowy sos czy pastę.
Ramiro ma cieńszą skórkę, dlatego w wielu daniach można pozostawić ją bez obierania. To szczególnie wygodne przy szybkim gotowaniu - kroję, wrzucam na patelnię i po kilku minutach mam gotowy dodatek.
Ta sama cecha sprawia, że papryka jest przyjemna do chrupania na surowo. Nie ma grubej skórki, która czasami zostaje w ustach po zjedzeniu klasycznych odmian.
W polskich sklepach Ramiro nie jest już wielką egzotyką, choć nadal łatwo przegrać jej rywalizację o uwagę z pomidorami, cukinią czy klasyczną papryką. Warto jednak dobrze rozejrzeć się na dziale warzywnym.


Obserwuj nas na Google















